Nie chcę.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim dzieciom, że mogą robić wszystko, czego tylko zapragną. Chcę, żeby wiedziały, że wszystko mogą w Tym, który ich umacnia.

Nie chcę, żeby ktoś kazał moim synom dorastać szybciej, niż jest to konieczne. Chcę, żeby zostali w swoim dziecięcym świecie tak długo, jak tylko to możliwe.

Nie chcę, żeby ktoś mówił im, że ich zachcianki są najważniejsze, ale żeby wiedzieli, że przy spełnianiu ich, nie mogą zapomnieć o dobru drugiego człowieka.

Nie chcę, żeby ktoś kalał serca moich dzieci tym, na co nie są gotowe. Chcę, żeby ich serca wzrastały w odwagę, miłość i piękno.

Nie chcę, żeby mówiono im, że nie muszą myśleć o sobie i innych. Chcę, żeby pamiętali, że zawsze potrzebny jest szacunek, wobec siebie i innych.

Nie chcę, żeby dowiadywali się tego, z czym nie będą mogli sobie poradzić. Chcę, żeby byli gotowi na informacje, jakie ma dla nich dorosły świat.

Nie chcę, żeby ktoś mówił im, że to jakimi zostaliśmy stworzeni, jest nieważne. Chcę, żeby wiedzieli, że mężczyzna jest najsilniejszy wtedy, kiedy potrafi nad sobą zapanować, a kobieta najpiękniejsza, gdy kocha i jest kochana.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim symom, że ta różnica jest nieważna. Chcę, żeby wiedzieli, że dzięki niej możemy wspaniale się ubogacać.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim synom, że najważniejszy jest egoizm. Chcę, żeby najpierw kochali.

Nie chcę, żeby mówiono im, że jeśli ktoś jest inny, to nic nie znaczy. Chcę, żeby wiedzieli, że ma to duże znaczenie i że można kochać i przyjmować to, jakimi ludzie są, w swojej odmienności.

Nie chcę zeby ktoś mówił im rzeczy, na które nie są gotowi. Chcę, żeby mieli niezaburzone emocje i uczucia, kiedy dorosną i pójdą swoją drogą.

Chcę, żeby byli bezpieczni w swojej wolności.
Żeby umieli dostrzegać Prawdę i według niej żyć.

Bóg nas wychowuje.

Dziś w drugim czytaniu, jest mowa o tym, że Bóg karci i chłoszcze tych, których kocha. To złe tłumaczenie. Występuje tam greckie słowo Paideia, czyli: wychowanie.

Tata nas nie tresuje, On się o nas troszczy. Chce naszego dobra, wyjścia na ludzi, pójścia wąską drogą, która doprowadzi nas do Spotkania z Nim. On ze wszystkim sił chce, żebyśmy zatopili się z Nim w uścisku pełnym miłości. 🙂 <3
Myślę, że On nie wyobraża sobie, że do tego uscisku i spotkania, może nie dość. Dlatego pokazuję nam prawidłową ścieżkę i mocno trzyma kciuki, żebyśmy poleźli w Jego stronę. 🙂

To tak samo, jak ja, nie mogę sobie wyobrazić, że nie przytulę swoich dzieci na koniec każdego dnia. <3
Że nie wrócą do domu, po swoim wędrowaniu. Że na koniec, nie będziemy razem.
To takie niesamowite, że Bóg jest Bogiem Wszechmogącym, a tęskni za człowiekiem. Że czeka na nas w Swoim Niebie i nie może się doczekać, kiedy stanie się Ono również naszym.
Zadziwiający jest ten nasz Bóg. Tata.
Stworzył nas z czystej miłości, wcale nas nie potrzebował. A później dał nam wszystko, co tylko mógł. Łącznie ze swoim własnym życiem.
To miłość mu kazała, miłość go o to prosiła, miłość to sprawiła.
Ta sama miłość wylewa się z Niego, na swoje dzieci.
On nas nie każe. On nas kocha.

Dzięki Ci Ojcze Adamie, za Twoje tłumaczenie mi SŁOWA!

Zaglądnijcie na Langusta na palmie!
Posłuchajcie. 🙂 <3

Tak jak Maryja.

Maryja od pewnego czasu jest moją Przyjaciółką. Nieraz zapraszała mnie na kawę z dziesiątką różańca, spotkanie na mieście z Nowenną Pompejańską albo obiad z możliwością wpatrywania się w Jej cudowne, pełne oczy. Długo nie znajdywałam czasu. Zawsze było coś ważniejszego. Praca, studia, obowiązki.

Dopiero kiedy zostałam mamą i paradoksalnie czasu miałam jeszcze mniej, skorzystałam z zaproszenia. Dziś nie żałuję, że znalazłam dla Niej czas, bo dzięki temu, że spotkałam Maryję, zrozumiałam, iż tylko dzięki bliskości z nią, mogę próbować uczyć się ją naśladować, a przez to być dobrą. – Żoną, mamą, kobietą.

Dzięki różańcowi nieraz cofam się w czasie i biorę udział w wydarzeniach, które tak dzielnie przyjmowała i głęboko przeżywała Maryja.

Wspominam o Niej, ponieważ dziś jest Święto Jej Wniebowzięcia.
Była tak wspaniałą, że nawet Bóg nie mogł się Jej doczekać i zabrał od razu, prosto do siebie. Tak jak stała. 😉

To od niej chcę się uczyć być kobietą, córką Boga.

Chcę choć w malutkim okruchu, być Jej podobną w cierpliwości, łagodności i ufności.

Duchowej siły na co dzień dodaje mi Maryja.
Życiowej energii yerba. 🙂
Wsparcie Maryi w połączeniu z ziemskimi sposobami na niewyspanie, daje porządne efekty. 🙂

Udanego Świętowania! 🙂

To ja.

Nie jest dobrze, kiedy ktoś chce kierować twoim życiem. Nieustannie daje ci wskazówki, których nie chcesz. O które nie prosisz.

Nie jest dobrze. Kiedy nie czujesz komfortu na swoim własnym podwórku, przed domem, który starasz się zbudować z tymi, którzy czują tak jak ty.

Nie jest dobrze, kiedy ktoś cię ogranicza. Próbuje przełożyć na twoje życie, swój spóźniony na nie pomysł. Dlatego, że nie ma już możliwość sam go zrealizować.

Dobrze jest wtedy, kiedy w takich momentach, zawalczysz o sobie.
Mimo tego, że nieraz musisz zrobić to bardzo często. Kilka razy dziennie, dwa razy w tygodniu. Miesiącami. Latami. Ciągle.

Mimo, że przez poczucie bezradności i zmęczenia, chciałbyś już odpuścić.
Nie!

Powinieneś za każdym razem, z cierpliwością lub bez, w kółko powtarzać to samo:

” Bo ty jesteś ty, a ja jestem ja!”

Walcz o swoje życie. O jego spełnienie. Rób tak, jak dyktuje ci twoje wnętrze. Pytaj przede wszystkim Boga, co myśli na temat twojej koncepcji na przeżywanie czasu tutaj.

Wiem, że ciężko jest się nie przejmować, ale zrób to tylko przez chwilę. Posłuchaj Ojca Szustaka:

„Opłacz to, wykrzycz to, a później weź się w garść, stań na nogi i zacznij żyć. Możesz żyć tak szczęśliwie, że głowa mała.”

I ja wiem, że ciągła walka z wiatrakami męczy a nieustanne opłakiwanie doprowadza do szału. I chociaż to brzmi banalnie, to powiem Wam z własnego doświadczenia, że spokój i przebaczenie w takich sytuacjach: uwalnia!

Zatem, bierzcie głęboki oddech za każdym razem, kiedy ktoś wpycha swoje buciory na waszą drogę i poprzez małe – wielkie czyny, powtarzane raz po raz, róbcie swoje!

Stawajcie się lepsi. Bo nie jest ważne jak patrzy na was ktoś obok. O nie. Ważne jest, czy wy możecie spojrzeć sobie prosto w oczy. Bez jakiegokolwiek zwątpienia i poczucia winy.
Patrzcie w lustro codziennie rano, w swoje szczere, dopiero co obudzone oblicza i jeśli coś wam w nich nie pasuje, to cały dzień róbcie tak, żeby to zmienić. Wieczorem znów spójrzcie w lustro, tym razem w zadbane, ale zmęczone twarze. Jeśli jest choć troszkę lepiej niż rano, to wygraliście!

Tak, jesteście zwycięzcami. Wygraliście ten dzień waszego życia. A nie wiem jak u was, ale mój każdy dzień jest cholernie cenny.
To jesteś TY!
To jest TWOJE życie.
To TWOJE cele, marzenia i potrzeby.
Nie DAJ sobie ich ukraść i zakopać, bo już nigdy możesz ich nie odnaleźć.

Każdemu kogo spotykasz mów: STOP! To JA, to moje ZAUFANIE i SYMPATIA, którymi cię obdarzam, tak po prostu, od razu, wystawiając się na dobre i złe konsekwencje.

Ale spójrz, to moje warunki: nie będziesz próbował mnie zmieniać.

Dlaczego wciąż ( mimo wszystko) jestem w Kościele?

Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: Nie mam w zwyczaju zostawiać kogoś, kogo kocham. O to właśnie chodzi w miłości, tej prawdziwej przed duże M.
Jestem w Kościele, ponieważ spotkałam kiedyś Jezusa. Tak po prostu. Wyruszałam codziennie z domu o świcie, jak większość ludzi, aby wykonywać swoje obowiązki. Wypełniałam zadania, przemieszczałam się z punku A do punktu B. Chodziłam do kościoła, szkoły i na spotkania towarzyskie. Miałam serce pełne nadziei i zapału. Żadnych konkretnych jeszcze planów na życie, ale z pewnością ogromną pasję i chęć prawdziwego przeżycia czasu, jaki tutaj został mi dany.
Miałam przeświadczenie, że cały świat stoi przede mną otworem oraz, że na pewno czeka mnie ciekawa i wspaniała droga. Nie wiedziałam wtedy, że jest to genialne, a zarazem trudne do spełnienia marzenie. Żeby wyruszyć w tę moją drogę, muszę tak naprawdę – świadomie i z miłością, zabrać ze sobą kogoś, kto będzie szedł ze mną, bez względu na wszystko, ramię w ramię.
Pewnego dnia zobaczyłam Jezusa na ulicy. Rzuciliśmy sobie spojrzenia, On jakby czekał na mnie już od dłuższego czasu. Ja być może mijałam Go wcześniej w codziennym pędzie, ale nigdy nie spojrzałam Mu głęboko w oczy. Zrobiłam to dopiero w tamtej chwili. Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, zaczęliśmy się poznawać, rozmawiać i kochać. Przez cały ten czas idziemy razem moją drogą, to ogromne szczęście, że nie jestem w podróży życia sama.
Jezus pokazał mi, co to znaczy obdarzyć kogoś zaufaniem i uczuciem. Dzięki Niemu wiem, że Miłość to nie tylko dobre chwile, w których wszystko idzie po naszej myśli i z powodzeniem się udaje. Zobaczyłam to w Jego postawie i zachowaniu, kiedy nie zostawił mnie, ani na chwilę – gdy ja w Niego wątpiłam. Nie odwrócił ode mnie wzroku nawet wtedy, kiedy strzelałam na Niego focha i chciałam z nas zrezygnować – w chwilach ludzkiej słabości. Właśnie w tych najgorszych moich obliczach, które specjalnie Mu pokazywałam, aby zobaczył wielkość mojej złości i rozgoryczenia – On widział moje piękno. A co najważniejsze, zawsze dawał, daje i będzie dawał mi szansę, bo nie przestaje we mnie wierzyć.
Jakże, więc ja, mogłabym odwrócić się od Niego, ze względu na gorsze czy lepsze momenty w Kościele? Miałabym przestać wierzyć w Jego Miłość i dobro… Kiedy czuję zawód z powodu zachowań Kościoła, to wstydzę się za ludzi. Nie za mojego Boga. Kościół, jaki stworzył i zostawił nam Jezus, jest żywy i cudowny, pełny Ducha Świętego. Ja wciąż to widzę i czuję. Dlatego nie zostawię Kościoła, mojej wspólnoty, bo w samym jego środku jest mój Sens. Miłość, która nie opuszcza.

Złudzenie.

Kiedy jesteśmy młodzi, za wszelką cenę chcemy stać się dorośli. Wydaje nam się, że wtedy wszystko będzie łatwiejsze.

Gdy dorastamy, zaczynamy rozumieć, że dorosłe życie daje nam ogromne przywileje, możliwości i pozwala zakosztować szczęścia – jeśli podejmiemy dobre decyzję i podążymy właściwą drogą.

Te przyjemności jednak, wiążą się z odpowiedzialnością i niosą za sobą obawy – o to, że możemy stracić to, co najbardziej kochamy.

Wtedy chcielibyśmy choć na chwilę wrócić do okresu dzieciństwa.

Bo tęsknimy: za beztroską i dziecięca nieświadomością.

Dla mnie takim żywym wspomnieniem  czasu, kiedy to o mnie martwili się rodzice, a ja po prostu żyłam z dnia na dzień, bez głowy pełnej myśli i trosk. – jest wata cukrowa. I choć nie smakuje już tak jak wtedy, to pozwala sobie przypomnieć, jak  się czułam.

Dziś, choć moje serce wypełnione jest strachem o imoich bliskich – ich zdrowie, szczęście, wiarę i miłość – to wiem, że tylko dzięki kolejnym etapom życia, mogę doświadczać wspaniałych uczuć i emocji. Gdybym nie dorosła, nie poznałabym świata z jego wszystkimi kolorami.

Ciągle znałabym tylko tę podstawową paletę.

Dobrze, że jesteś. Dobrze, że jesteś. Dobrze, że jesteś tu.

Siedzę właśnie i piszę kolejne kilka zdań książki. Przycupnęłam na parę minut przy laptopie, żeby wyrwać czasoprzestrzeni małą chwilę, na powstawanie dalszej części opowieści, którą chcę Wam kiedyś przedstawić.

Co jakiś czas, podnoszę wzrok, żeby spojrzeć na moich synków, bawiących się przede mną, w salonie. Nagle starszy z nich wstaje, z uśmiechem podbiega do młodszego i mówi: „Jeremiasz, cieszę się, że tu jesteś.”

Nie powiem, obserwujemy jak rodzi się między nimi wspaniała więź, ale świadkami takiego wyznania, jeszcze nie byliśmy.

Czas stanął nagle w miejscu. Palce wstrzymały ruchy, przestały stukać w klawiaturę. Spojrzałam na nich tak, żeby nawet nie poczuli na sobie mojego wzroku. Żeby nic nie było wstanie zakłócić tej historycznej chwili. Czułam jak wszystko wokół wstrzymało oddech, unosząc się nad moimi dziećmi, a ja ze wszystkich sił starałam się, aby niepotrzebnym gestem lub słowem, nie zepsuć tego wydarzenia.

W głowie przewinęło mi się tysiące myśli, przez te kila sekund. Zachwyt nad uczuciem łączącym moich synów. Radość, która chce rozerwać serce – tak bardzo rosnące od owej świadomości i dumy. Wzruszenie, cisnące mi do oczu łzy. I nagle smutek. Bo widząc ile pozytywnych emocji, daje taki prosty gest, zadaję sobie pytanie: Dlaczego jako dojrzali ludzie, nie wykonujemy takich poczynań? Czy nie pamiętamy swojego dziecięcego oblicza, które było szczere i proste, w odbieraniu świata i przekazywaniu emocji?

Myślę o tym, jak dużo moglibyśmy zmienić w dzisiejszej codzienności, zdobywając się na spontaniczne wyznania tych oczywistych rzeczy.

Nie analizując, co wypada powiedzieć, a czego nie przystoi. Nie zastanawiając się, czy godzi nam się wystrzelić z jakimś stwierdzeniem, albo czy zbyt nie naruszymy intymności dopiero co, spotkanej osoby.

Jakże mogą być krzywdzące dla drugiej osoby słowa: dobrze, że jesteś, ślicznie wyglądasz, jesteś mądry, jesteś odważna, jestem z ciebie dumna.

Nie mogą.

Mogą jedynie otworzyć czyjeś serce. Zakleić ranę, wywołać uśmiech. Wzbudzić zachwyt, nawet, jeśli nie od razu i przy zatwardziałej minie, poważnej, zatroskanej o jutro i martwiącej się o przyszłość. – To później. Kiedy już zwolni się tempo i przystanie na chwilę za rogiem kolejnej mijanej ulicy.

Szczere słowa, spontaniczne okazywanie uczuć i prostota serca, rzucona w drugiego człowieka, naprawdę mogą odmienić czyjąś rzeczywistość.

Nawet nie wiemy, że zdobywając się w danym momencie na gest dobroci, dajemy dokładnie to, czego ktoś rozpaczliwie w tej chwili potrzebował. Może nawet, nie zdając sobie z tego sprawy.

Niejednokrotnie, niektórzy z nas, chcieliby posiadać nadprzyrodzone moce, czy znać kilka przydatnych magicznych słów, żeby coś w życiu zmienić.

Dlaczego zapominamy o tym, że mamy dużo więcej niż kilka zaklęć? Posiadamy całą księgę słów, mających wielka moc. Mamy całą gamę mocy, mogących zmienić świat.

Wystarczy sięgnąć i zacząć używać. – Swojego Serca.

Niedziela Miłosierdzia

Otwarte Serce. Otwarte Ręce.

Trzeba korzystać i biec do Źródła Wszystkiego. Brać garściami z wdzięcznością.
Korzystać, ale też dawać.
Uczynki dobroci względem drugiego, są baaaaardzo ważne i konieczne!
Każdy ma coś, co może ofiarować komuś idącemu obok.
Kiedyś czytałam, że nieraz to, co my mamy od zawsze, jest nieosiągalnym pragnieniem kogoś innego.
Możemy zmienić czyjś świat, życie, serce, myśli, jednym naszym słowem, gestem, spojrzeniem…

‌Jedną z możliwości dania czegoś z siebie – dosłownie  😉 – jest zarejestrowanie się w bazie potencjalnych dawców szpiku. – DKMS.
Wystarczy wejść na stronę:

https://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca

Zarejestrować się i poczekać na paczuszkę. 🙂
Następnie pobrać wymaz, wypełnić formularz i  odesłać.
Nie ponosimy żadnych kosztów!
Musimy poświęcić tylko kilka minut i być gotowym oddać, w razie potrzeby, swój szpik.

Jestem w bazie już 5 lat <3 z jednej strony cieszę się, że mój genetyczny bliźniak jest zdrowy, a z drugiej, – wyczekuję dnia, kiedy będę mogła pomóc, uratować komuś życie <3

#niesamowiteuczucie #jestemzdkms

„Wystarczy, byś był.”

Wielki Post minął nam bardzo szybko. Zabrakło czasu, żeby przygotować się na Triduum należycie. – Zresztą jak co roku. Zawsze pozostaje coś, czego nie zdołaliśmy jeszcze w sobie naprawić.

Dlatego my, podążyliśmy dziś zaleczyć swoje serca. Oczyścić je, żeby chociaż w małym stopniu, gotowe były na przyjęcie nadchodzącego Przejścia. <3
Przytulenie się do Niego, na dzień przed ciężkimi chwilami w Ogrójcu, opuszczeniem przez towarzyszy, wyparciem się Go przez Piotra i każdego z nas, – tyle razy podczas naszego życia, kiedy przerasta nas drogą na Golgotę.
Jemu było bardzo ciężko, ale nam też z trudem przychodzi uczestniczyć w tych wydarzeniach. Tym bardziej, że doskonale wiemy, – mamy świadomość, – że i my, maczaliśmy palce w Jego męce.
Ale On już taki jest, że nas pocieszy. Poprzez swoje wysłuchanie w konfesjonale, ale przede wszystkim, robi to, swoim Zmartwychwstaniem.

I to, czego najbardziej pragnie w nadchodzących wydarzeniach, to nasza uwaga, miłość i obecność.
Tak, Bóg, Wszechmogący i Wszechmocny, najbardziej na świecie, potrzebuje naszej bliskości.

Chwile zwątpień.

Wiosna nie może się rozgościć u nas na dobre. Jakoś tak opornie idzie jej ściągnięcie zimowego płaszcza, zmiana garderoby na lżejszą.

My podobnie, bardzo chcielibyśmy już poczuć świeży powiew powietrza, letnią energię i radość, a paradoksalnie, ciągle tkwimy gdzieś w zimowym dołku.

Ja na przykład, na przekór wiosennemu przesileniu, momentami czuję rezygnację i zwątpienie. Również w odniesieniu do Nie Obrażaj Się Na Boga.

To moje spełnione marzenie, a czasami uderzają we mnie myśli, że może się pomyliłam. Że zawiodłam, że nie trzeba było zawracać głowy…

Ale wiem, że nie mogłam inaczej. Nie umiałam zagłuszyć pragnienia i napominania, żeby osiągnąć cel – nie poddawać się.

Dzięki temu, jestem inna. Bogatsza w doświadczenia i uczucia. Może dlatego też, bardziej wrażliwa na porażki 🙂
Kiedy wchodzę coraz głębiej w ciemne ulice umysłu, a zimowy zmierzch ciągnie mnie w swoją stronę. – W pewnym momencie odwracam głowę, w kierunku wiosennego popołudnia, gdzie jeszcze jest jasno.

Widzę swoich bliskich i przyjaciół. Słyszę ich głos, który mówi prawdę. – Tę o mnie i moim powołaniu. Prawdę o życiowych wzlotach i upadkach.

Robię koktajl, który orzeźwia moje ciało. I delektuje się nim, w obecności tych których kocham, którzy dają mi siłę, motywację i nadzieję. Tuląc się do ich serc, słów, dłoni.

I nigdy się nie poddam.