Kochasz, więc nie musisz się bać!

Funkcjonujemy codziennie według swojego sposobu na życie. Każdy dzień planujemy machinalnie z wyprzedzeniem. Przynajmniej tak mniej więcej, żeby mieć ogólny zarys tego, co musimy zrobić. Praca, zakupy, odebranie dzieci z przedszkola, zajęcia dodatkowe, sprzątanie, gotowanie i tak dalej i tak dalej. Każdy mógłby wypisać masę swoich obowiązków na tę listę.

Równie dużo przewija się przez nasze głowy myśli. Rozkminiamy tysiące rzeczy, analizujemy ( tu chyba przede wszystkim kobiety 😉 )
Marzymy, wyczekujemy rzeczy i spraw, które dają nam radość i spełnienie. Cieszymy się z małych powodzeń, wzruszamy patrząc na szczęście, którego doświadczamy. Narzekamy kiedy jesteśmy zmęczeni, albo wkurza nas pogoda. I to wszystko między jedną a drugą sprawą do załatwienia.
Jest różnie, ale w miarę spokojnie, bo znajomo…

Tylko, że czasem pojawia się coś, co zaburza nasz spokój. Niespodziewane zdarzenia, które biorą nas za barki i porządnie nami potrząsają. Podświadomie zaczynamy się bać, że nasza rutyna może zostać przerwana. Marzenia i pragnienia mogą się nie spełnić, a nasze życie całkiem zmienić – na gorsze. Niepewność o siebie i przyszłość może zacząć paraliżować.

Wtedy można dać się pochłonąć złym myślom i zacząć zatracać w strachu. Jest to okropne uczucie, które kiedy się pogłębia, zaczyna oddziaływać na nas samych a potem na naszych bliskich, otoczenie i codzienne funkcjonowanie. Nie potrafimy się już cieszyć i pozbyć czarnych wizji, myśląc tylko o najgorszym.

Jest też drugie wyjście – zwrócić się do Źródła dobrych myśli. 🙂

Nie jest łatwo zmienić myślenie, nagle przestać czuć strach i z uśmiechem na ustach iść przez każdy dzień, kiedy zwyczajnie mamy obawy o to, czy nasze życie zaraz nie ulegnie gorszej zmianie.

Ważne jest, żeby ze wszystkich sił próbować dążyć do tego aby nasze umysły i serca wypełniały pozytywne myśli. Jeden ekstra Ksiądz zwraca uwagę na ważną rzecz, której nauczył się od Świętego Pawła. Kiedy znajdujemy się w ciężkich sytuacjach, warto uświadomić sobie, że źle do nich podchodzimy. Oczekujemy spokoju w swoim życiu i dopiero wtedy, kiedy nie mamy powodu do zmartwień, umiemy być szczęśliwi. Nie o to chodzi. Wręcz odwrotnie. Powinniśmy być szczęśliwi mimo wszystko, zawsze myśleć o tym, że spotkają nas dobre rzeczy. Wtedy zyskamy spokój.

Możemy kontrolować swoje myśli i zdecydować o tym, jacy chcemy być w starciu z przeciwnościami. Przygnębienie i zwątpienie jest normalne, ale możemy z nimi walczyć. Wlewając w swoje serca nadzieję i wiarę w to, że wszystko będzie dobrze. Największym szczęściem jest mieć przy sobie ludzi, którzy będą lejkiem, dostarczającym nam tych cudownych rzeczy. Podpowiedzą na jakie tory warto ustawić swój kurs, żebyśmy stali się silni i pełni pokoju. Przypomną o tym, że sami nie damy sobie rady. Dużo łatwiej pójdzie nam z Nim u boku.
Pozytywne myśli naprawdę pomagają i z czasem wszystko się układa. Nawet jeśli nie po naszej myśli, to właściwie. Bo w poczuciu spokoju i siły.

Listy

„Modliłam się o dobrego męża, to mam dobrego. On się nie modlił, więc ma to co ma.”

 

Bardzo często słyszane słowa, nieraz powiedziane w towarzystwie, rozbawiają naszych rozmówców. Ja chcę Wam powiedzieć, że to nie tylko taki żarcik, ale prawda. 🙂

 

Jednym z super mężów, chodzącym po ziemi, był Święty Józef. Wiadomo, w końcu to tata Pana Jezusa. Głowa Świętej rodziny. Chociaż czasami był po prostu zwykłym facetem.🤷 Nie ogarniającym na początku bardzo trudnych spraw i reagującym na nie strachem. 😁 Finalnie jednak został rozumiejącym, kochającym i spełniającym wspaniale swoją rolę – Opiekunem.

Aż szkoda nie skorzystać z rozmowy z takim Gościem, jeśli chodzi o sprawy sercowe. Nie? 😉

Rozmowa to jedno, pytanie o rady, prośba o pomoc i tak dalej. Kiedyś usłyszałam o innej formie spotkania z Józefem. Bardzo ciekawej, dziś już nie praktykowanej, w rzeczywistości smartfonów i internetów.

 

Mowa o pisaniu listów. 🙂

 

Powiedziałam takiej jednej: „Napisz list do Świętego Józefa”, a ona mi na to: „Napisz o tym post, to napiszę”. Zatem proszę 😁, teraz Twoja kolej! 😉

 

W praktyce wygląda to tak, że pisze się list do Świętego Józefa z prośbą na przykład o dobrego męża. Jedni są w treści tej korespondencji powściągliwi, inni nie przebierając w słowach, bardzo konkretnie opisują pragnienia swojego serca. Wsadzają potem swój list za obrazek Świętej Rodziny, albo samego Józefa i czekają. To taka forma poczty i wysyłki. 🙂

 

Wiem, że brzmi to dziwnie, trochę tak. 🙂 Ale wierzcie mi lub nie, znam osoby, które dostały odpowiedzi na listy do tego Odbiorcy.

 

Oczywiście wystarczy zwykła rozmowa i modlitwa, ale wierzymy przecież w to, że obcujemy ze świętymi. Dlaczego więc nie wejść z nimi w głębsza relację? A przykładowe pisanie takich listów jest super formą na osiągnięcie bliskiej komitywy.

 

Nie chodzi o tak zwany koncert życzeń, ale o robienie wszystkiego co w naszej mocy, żeby spełniać swoje pragnienia. Po ludzku czyniąc to, co możemy a resztę powierzając naszym świętym przyjaciółom. Szkoda byłoby rezygnować z takich owocnych relacji. Tym bardziej, że Oni są, czekają na spotkania z nami i bardzo chcą nam pomagać.

 

Spróbujemy nie ograniczać sie do egoistycznej chęci spełnienia naszych ogromnych pragnień, chociaż i od takich pobudek serca zaczynają się wspaniale więzi. 🙂

 

Bądźmy po prostu szczerzy i prawdziwi, a zyskamy na pewno wiele dobra. Dla siebie i innych.

 

… Aż grzechem byłoby nie skorzystać… 😉

S-pokój

Hej, nie zamykaj się w tym ciemnym pokoju.

Może jest Ci dobrze, kiedy przytulasz się do panującego w nim mroku.
Nie daj się przekonać, że to prawdziwie dobre uczucie.
Myślisz tak, bo czujesz się bezpiecznie w czterech ścianach, które dobrze znasz. Byłeś tutaj, w tym stanie już tyle razy, że złudnie czujesz się tu bezpiecznie.

Ale to tylko kłamstwo. Które sam sobie wmawiasz. Nie cały, jakaś część Ciebie, która chce, żebyś został. Zatapiał się w swoich złych myślach, umacniał w sobie negatywne uczucia. Utwierdzał się w przekonaniu, że tak jest dobrze, lepiej, bezpieczniej.

Nie słuchać tego głosu. Możesz pokonać to złudzenie. Przełamać strach przed zmianą. Bo może być inaczej, ten prawdziwy spokój, jest na wyciągnięcie Twojej ręki.

Zdecyduj, że chcesz. To najważniejsze. Potem idz za ciosem i pociągnij za sznurki od rolety.
Zobaczysz strużkę światła. Ona doda Ci odwagi, napełni pewnością. Wtedy zdecydowanie odsłoń całe okno.
Przed oczami będziesz miał wspaniały widok. Patrząc w dal zobaczysz więcej możliwości, piękny krajobraz i poczujesz radość.

Odwrócisz się i zauważysz, że pokój w którym jesteś, jest zupełnie inny niż przed momentem.

Ściany są jasne, przyjazne i pomalowane w kolorowe wzory. Meble są białe, łóżko duże, bardzo miękkie. Leży na nim koc, wygląda na ciepły i przyjemny. Wokół niego na podłodze, leżą białe dywaniki. Na nakastliku stoi niebieski kubek, z którego unosi się para, a Ty czujesz wspaniały zapach herbaty i miodu. Na komodzie jest laptop, z włączonymi „Przyjaciółmi”. Słońce zagląda do środka ,przez okno.

Zostaniesz? Czy wolisz na powrót zasłonić okno i usiąść w rogu, tuląc się do swojej złości ?

Możesz czuć ten S-pokój, jeśli zdecydujesz się zostać.

Wszystko zależy od Ciebie. 🙂

Oddech

 

Chcę doceniać chwilę, kiedy się pojawia.

Taki pełną piersią, niczym niezakłócony, satysfakcjonujący.

 

W codzienności, zdarzają się trudne odcinki.

To oczywiste. Mamy dość, brakuje siły, chcemy w końcu złapać oddech. Usiąść i popatrzeć już z mety, na ten intensywny czas, który jeszcze przed chwilą przeżywaliśmy.

 

Oglądamy go w swojej pamięci jak film. Dziwne uczucie, które niesie za sobą analizy, przemyślenia, postanowienia na przyszłość.

 

Teraz tak niewiadomą i malująca się w coraz bardziej niepokojących barwach. Świat się zmienia za szybko i zbyt niebezpiecznie.

 

Od jakiegoś czasu za radą Ojca Szustaka, martwię się tylko do wieczora. To dobry sposób, pomagający uniknąć tracenia ( tak cennego czasu) na zamartwianie się. O coś, co może nie nadejść albo zupełnie się zmienić, zanim przyjdzie.

 

Są te całe dziwne momenty, pokrzywione drogi i połamane drzewa. I chyba najgorsze – zawzięte przeszkody. Sprawiające, że się zatrzymujemy, cofamy, czasem chowamy. Niekiedy czekamy. Niestety często także rezygnujemy.

 

I nic dziwnego bo jak można nie zwątpić w siebie, kiedy nasze życie czasami, to pasmo totalnych porażek. Nieraz czujemy się tak żałośni, że nawet może by nas to śmieszyło, gdyby nie fakt, że na końcu nosa mamy płacz.

 

Na szczęście prędzej czy później – ale zawsze – pojawia się błękit. Może czasami jest to tylko mały prześwit, mieniący się gdzieś niewyraźne. Ale on wystarczy, przynajmniej na tę chwilę.

Ten promień przypomina, żeby trzymać się tego, co sobie postanowiliśmy. Objazdami docierać tam, gdzie zmierzamy, kiedy tuż przed dotarciem do celu, zamykają nam przed nosem drogę.

 

Ten błękit, przypomina, że kiedyś mieliśmy marzenie. Coś sobie postanowiliśmy. Daje nadzieję. Pomaga przetrwać.

 

I wtedy docieramy do miejsca, gdzie Błękit zalewa nas z każdej strony. Razi w oczy swoim pięknym odcieniem. Uszczęśliwia i napawa poczuciem błogości. Kołysze w swoich ramionach, dając złapać oddech. Ba, oddychać, pełną piersią. Bez ograniczeń. Czystym powietrzem.

 

I potem trzeba powrócić. Znów zacząć się zmagać, przegrywać, błądzić i poszukiwać.

 

Ale po tej chwili w objęciach błękitu, tak doskonałego w swojej barwie – mamy wiarę w to, że będziemy również wygrywać, uczyć się i stawać się zwycięzcami przez to, czego doświadczymy.

 

Dziękuję Ci za to, że w moim życiu, tyle jest Błękitu. 🙏

 

💙💙💙

Bałam się, że zniknę

Kilka dni temu, z dnia na dzień wylądowałam w szpitalu.

To trzeci raz w moim życiu, kiedy tak się stało. Po rozlanym wyrostku i odmie, zawsze mówiłam, że ten trzeci raz już nie uda mi się wyjść cało z opresji.

Stało się inaczej, dalej żyję. 😉

Trzeci raz zostało mi w jednej chwili uświadomione, że moje plany, to naprawdę dobry żart.
Wszystkie moje skarby i marzenia, to o co tak walczę każdego dnia i czego się trzymam, może zniknąć w jednej chwili.

Ja mogę zniknąć.

Na co dzień się o tym nie myśli, zagłusza swoje obawy.

Mimo, iż ten przypadek nie był tak groźny jak poprzednie, to ja byłam w nim najsłabsza.

To dlatego, że teraz mam dzieci, wspaniałą rodzinę, mam wszystko.

Myśli o nich po prostu mnie paraliżowały, zalewał ogromny strach. Zwątpienie i obawy nie chciały odpuścić.

Bałam się, że już się nie obudzę, że zawiodłam synka, obiecując mu, iż wrócę na kolację. Że już ich więcej nie zobaczę, że zostaną beze mnie.

Że zniknę.

Ten strach paraliżował bardziej, niż ten przed stołem zabiegowym.

I z jednej strony tak bardzo karciłam się za brak wiary. Za to, że przecież Tam zmierzam, a tak kurczowo trzyma się tego co jest tutaj.

Z drugiej, tylko ta wiara była jedynym ukojeniem i towarzyszem, kiedy zostałam na sali zabiegowej sama.
Nie było moich bliskich. Tylko ja, personel szpitala i lampa świecąca prosto w oczy.

Wtedy właśnie zostaje się z Nim, w spotkaniu Twarzą w twarz. Tylko do Niego mogłam mówić, patrząc w wielką lampę, zanim zasnęłam.

Wstydzę się za to, że moja wiara nie jest tak silna jakbym chciała, że ufność ma swoje granice, że nie jestem tak odważna jak kiedyś.

Ale,
obudziłam się, wróciłam do domu. Żyję.

I cieszę się, że mogę teraz walczyć o silniejszą wiarę, uczyć się bezgranicznej ufności i przemieniać strach w odwagę.

Codziennie. Niedoskonałe. Aż przyjdzie czas, by zniknąć.

Odblokuj życie.

Blokady, są takie okresy w życiu, że zalewają nas z każdej strony. Czasami nie możemy napisać ani słowa, chociaż mamy w głowie plan na książkę.
Innym razem nie jesteśmy w stanie skupić się, żeby stworzyć listę zakupów.

Te blokady, choć są małe, potrafią sparaliżować naszą codzienność.

A zdarzają się przecież też takie ogromne. Takie, które sprawiają, że nie możemy choćby podnieść ręki, a pragniemy poruszyć całym ciałem.

Kiedy Twoja droga tak bardzo się zakręciła, że zaprowadziła Cię w obce miejsce.
Czujesz się jak w pułapce, a przecież to Twoje życie.
Nie jesteś już sobą, nie potrafisz ze sobą gadać, ciężko Ci spojrzeć sobie w oczy.

Nie znosisz tej osoby, którą się stałaś. Chciałabyś wyjść i trzasnąć drzwiami, żeby już więcej nie przebywać w jej towarzystwie.

Nie możesz.

Bo spędzisz z nią całe swoje życie.

Spraw, żeby nie był to dla Ciebie dożywotni wyrok, tylko bilet na najwspanialszą podróż życia.

Chcę Ci dziś powiedzieć, że jest wyjście:

Możesz zwrócić.

Chociaż tkwisz w środku labiryntu i jesteś pewna, że to niemożliwe.
Odnajdziesz drogę, może nie tę samą, którą doszłaś tutaj. Inną, ale taką, która zaprowadzi Cię do siebie samej.

Tak dobrze Ci znanej, kochanej, wytęsknionej, prawdziwej.

Wiesz czego potrzebujesz, żeby się udało? Musisz tylko bardziej chcieć. Przestać czekać na gotowe rozwiązanie.

Podejmij jeden mały wysiłek, rusz tą cholerną ręką, a później spróbuj z nogami.

Po dłuższej rehabilitacji, uda Ci się wstać. Wtedy będziesz mogła zrobić te kilka kroków, które pozwolą Ci wpaść w objęcia Ciebie z przed lat.

I wrócić do domu.

….

To trochę tak, jak z włosami. 🤨

Kilka lat temu je obcięłam, było mi bez nich dobrze, wygodnie. Zatęskniłam jednak za poprzednią długością. Zaczęłam je zapuszczać, po drodze kilka razy się poddałam ,kiedy wyglądałam jak mop, pudel, Kopernik? 🤷
Wreszcie udało się przetrwać te niewygodne długości i teraz będzie już tylko z górki.

Wiesz czego mi najbardziej brakowało, chociaż do tej pory nie miałam o tym pojęcia?

Wiatru we włosach.

Tego pięknego uczucia. Teraz , za każdym razem, gdy mogę się nim cieszyć , wiem, że było warto, wyglądać przez chwilę jak oszołom. 😁

Jesteś wewnętrznym Oszołomem? Zacznij zapuszczać włosy powrotu do siebie. Przetrwaj najgorszą długość drogi, która będzie niewygodna i nieatrakcyjna. Odważ się na podjęcie prób, zmian, rozwiązań radykalnych, o których wcześniej nawet nie pomyślałaś.

Wracaj! I ciesz się wiatrem we włosach! ❤️

Nigdy się nie poddawaj!

Pędzisz, chociaż wcale nie chcesz. Spieszysz się dalej, nie spuszczając z oczu swoich zadań i celów.

Chciałbyś mieć spokój, móc po prostu wykonywać swoje obowiązki. Czasami się to udaje, ale większość czasu zajmuje Ci pokonywanie przeszkód. Biegniesz i co jakiś czas z daleka zauważasz, że coś stoi na Twojej drodze. Masz nadzieję, że uda Ci się to ominąć.

Idziesz szybkim krokiem, mając nadzieję, że jeśli będziesz udawać, że nie widzisz nic niepokojącego, to istotnie tego tam nie będzie.
Jesteś coraz bliżej i stopniowo obraz się wyostrza. Zaczynasz rozumieć, że i tym razem się nie uda. Będziesz musiał zmierzyć się z przeszkodą.

Udało się lub nie, ale nie masz czasu dłużej się zatrzymywać. Wygrany, czy przegrany płyniesz dalej z prądem.

Marzysz o odpoczynku. Może uda się Cię odetchnąć w wakacje, Święta, myślisz chociaż o luźniejszym weekendzie.

Czasami jesteś tym, który ma szansę na wypadnięcie z biegu w środku tygodnia, miesiąca, roku.

Nawet na to nie ma nadziei?

Biegniesz coraz bardziej zmęczony, nie widząc już żadnej stacji benzynowej? Tylko kłody i przeciwności?

Czasami tak jest. Niekiedy bierzemy udział w sprincie, ale zdarzają się też bardzo długie maratony.
Najgorsze jest to, że nie możemy wcześniej trenować. Nikt nie daje nam karty startowej, w której możemy zaznaczyć swój wybór, dotyczący długości wyścigu.

Czas naszej walki o przetrwanie jest nieznany.

Wiesz co możemy zrobić?

Poprosić o odnowę biologiczną. To bardzo ważne. Nie można wygrywać, ciągle podejmując wysiłek. Przegrasz padając z wyczerpania.

W pewnym momencie zaczynasz to rozumieć i kiedy wiesz już, że toniesz, zaczynasz się rozglądać.

Wyciągasz rękę, żeby złapać za tę cholerną brzytwę i zauważasz coś więcej. Zaczynasz się rozglądać.

Obok Ciebie biegli także Twoi przyjaciele. Również tocząc nierówną walkę z czasem i przeciwnościami.
Nie jesteś sam, w tym pędzie, którego nie chcesz.

To jest Twoja nadzieja i motywacja do walki o wygraną.

Kiedy oni nie radzą sobie z tym, co stoi im na drodze, robisz wszystko, żeby im pomóc. Nawet jeśli możesz tylko oferować swoją obecność i dobre słowo.
Gdy Ty opadasz z sił, są oni. Podają dobre myśli, modlitwę, rękę a w ostateczności – brzytwę.

Bo oni właśnie wtedy, spoglądając Ci głęboko w oczy wiedzą, że nawet jeśli się zranisz – to wygrasz.

Jedz życie powoli

Do dziewczyny, która była dziś przygnębiona:

Nie zaczynaj gryźć życia od tej strony. Nie bierz kęsu od środka, który jest najdłużej ciepły,bo zapewne się oparzysz.

Spróbuj opanować swój głód wychodzenia na przód i zwolnij trochę, żeby móc się delektować tą potrawą, jaką jest Twoje życie.

Wiesz co? Ja też czasami tak mam. To silniejsze od nas. Jesteśmy głodni, chcemy się nasycić. Wziąć dopiero co upieczonego tosta w swoje ręce i jak najszybciej go zjeść. A moglibyśmy najpierw go powąchać, zamknąć oczy i uśmiechając się, czekać na przyjemność jaka zaraz nas spotka, kiedy zaczniemy z satysfakcją go zjadać.

Roztropniej jest zacząć od rogu tej gorącej kanapki, on na pewno szybciej będzie letni. Radość z jedzenia będzie większa, chociaż Twój żołądek będzie napełniał się wolniej. – Ale się nie oparzysz. Dzięki temu unikniesz złych doświadczeń, związanych z bólem i piekącym językiem.

Wiem. Nie chcesz być głodna, nikt nie chce. Trudno jest czekać, ale czasami warto.

Jeśli będziesz przeżywać daną chwilę a nie przyszłość, która może nadejdzie a może nie, także radość będzie Twoim udziałem. Więcej jej. Mniej strachu.

Wiesz czego nauczył mnie ten ostatni, dziwny czas? Że nie warto rzucać się niecierpliwymi rękami na życie, chcąc je zagarnąć, kontrolować i planować.

Lepiej tego nie rób, nie zaczynaj od przyszłości, od środka. Tam jest jeszcze zbyt gorące, nie nadające się do jedzenia.

Skup się na rogu tosta, na tym co właśnie teraz dzieje się w Twoim życiu. Wiem, że walczysz, ja też i ona i on. Każdy z nas. Ale ta walka, to Twoje życie. Każda chwila, nawet jeśli jest bardzo obciążająca i wszelkie wyzwanie, także to wymagające od Ciebie dużo siły i odwagi, być może czasami wyrzeczeń i wyczerpania – jest Twoim życiem.

Jeśli ugryziesz środek, krawędź nie będzie już tak dobrze smakować. Wszystko się zaburzy, popsuje, będzie nie tak jak należy.

Zabierzesz sobie szansę na radość z jedzenia, z życia.

Zasłonisz obecna chwilę przyszłością.
Stracisz czas, zmarnujesz go, nie wykorzystasz.

Każda chwila to Twoje życie. Tu i teraz. Żadna z nich już nie wróci. Ciesz się tym, że tu jesteś, że możesz podejmować walkę, że próbujesz.

Wygrasz, mówię Ci. Może nie od razu, być może nie w wielkim stylu, ale wygrasz. Zawsze.

Wbrew wszystkiemu

Codziennie patrzę na tę jabłoń, z okna naszej jadalni. Nadeszła jesień i owoce zaczęły – chcąc nie chcąc – spadać na ziemię. Niektóre zostały przez nas zerwane i zjedzone. Inne zepsuły się, leżąc na trawie.

Każde z upływem czasu jednak decydowało się na ten krok. Jedne zapewne godząc się na taki los, rozumiejąc uprzednio, że nie mają innego wyjścia.

Inne rezygnowały, nie wierząc już w to, że uda im się dłużej utrzymać.

Jeszcze inne zapewne z dumą puszczały swoją gałąź, wiedząc, że wypełniają życiową misję. Tę, do której zostały stworzone.

Na pewno znalazło się i takie, które zwyczajnie nie miało już siły i wtedy rezygnowało z walki. Z żalem i zawodem. Z rozczarowaniem sobą i życiem.

To jabłko nie chce dać za wygraną. Wciąż walczy, ciągle się trzyma. Jedyne i ostatnie. Trwa mimo mrozu i samotności. Nie obchodzi go, że to wbrew ogólnemu porządkowi. Za nic ma realia i standardy. To jabłko trwa na swojej gałęzi, chociaż już dawno nie powinno go tam być.

Jedna jabłoń, tyle historii.

Jedno jabłko, tyle nauki dla człowieka.

Taniec życia

Czasami jest tak,

że nagle się zatrzymujesz i jakby patrząc z boku, oglądasz swoje teraźniejsze życie. Ono toczy się swoim rytmem, a Ty stoisz i oglądasz, jak to może wyglądać kiedy z niego wypadniesz. Zgubisz się w choreografii, pomylisz kroki.

Patrzysz i zastanawiasz się, czy kiedy muzyka Cię porwała, to równocześnie tak zawróciła Ci w głowie, że zniekształcił się postrzegany przez Ciebie obraz.

Zaczynasz się zastanawiać, czy ten taniec, który codziennie tańczysz, jest naprawdę takim pięknym, jak myślałaś. Zaczynasz krok po kroku -od podstawowych, poprzez coraz trudniejsze, wreszcie potrafiąc coraz więcej.

Po drodze się uczysz, upadasz, zaczynasz od nowa, bierzesz dodatkowe lekcje. Spędzasz godziny na dopracowaniu każdego gestu, zasięgasz rad choreografów, swojego Mistrza i masz poczucie, że robisz dobrą robotę.

Teraz stojąc z boku, nie słysząc muzyki i nie czując radości, myślisz sobie, że to nie piękny taniec, ale jakiś pokraczny marsz. Podczas którego odbijasz ślad swoich stóp kolejno na każdej desce parkietu, ale nie na tyle mocno, żeby został tam przy kolejnym myciu podłogi.

Przyglądasz się i masz wrażenie, że tyle już zrobiłaś, tak dużo postawiłaś kroków, które podobają się publiczności, ale nie na tyle, żeby zachwycić.

I kręcisz się w kółko, jednocześnie stając się coraz lepszą w tym co robisz i zmęczoną staraniami.

Z jednej strony trwasz w radosnym pląsie, czując szczęście. Z drugiej, stoisz w ciemności, która szepcze Ci do ucha same złe rzeczy. Prześmiewcze opinie o Twoim stylu tańca, uwagi mające na celu wyprowadzić Cię z równowagi, zniechęcić i zasmucić.

Teraz układ, który był Twój. Taki znany, wyuczony i bezpieczny. Staje Ci się zupełnie inny, obcy.

Spójrz w oczy tego, z kim tańczysz. Zostaniesz w ciemności słuchając jej szeptów? Czy postanowisz mocniej złapać dłoń swojego partnera? Na nowo usłyszeć muzykę i stworzyć jeszcze lepszą choreografię. A potem ją zatańczysz…

Wiem, że kiedy wypadniesz z rytmu i otuli Cię noc, masz ochotę zostać w jej objęciach. Nie dlatego, że jest Ci tam dobrze, ale nie masz siły wskoczyć znów na parkiet.

Wydaje Ci się, że tutaj będziesz mogła odpocząć, zamknąć oczy, nabrać sił, na chwilę się wyłączyć.

Ale zbyt długa ciemność nigdy nie jest dobra. W końcu zaczyna przytłaczać swoim mrokiem. Nie widzisz tak dobrze jak w świetle. Wreszcie już nie tylko na zewnątrz brakuje blasku, ale zaczyna on znikać także w Tobie.

A na parkiecie jest tak dużo światła. I muzyka wciąż gra. Radość Cię wyczekuje. A niezatańczony taniec czeka na swój wielki finał…