Taniec życia

Czasami jest tak,

że nagle się zatrzymujesz i jakby patrząc z boku, oglądasz swoje teraźniejsze życie. Ono toczy się swoim rytmem, a Ty stoisz i oglądasz, jak to może wyglądać kiedy z niego wypadniesz. Zgubisz się w choreografii, pomylisz kroki.

Patrzysz i zastanawiasz się, czy kiedy muzyka Cię porwała, to równocześnie tak zawróciła Ci w głowie, że zniekształcił się postrzegany przez Ciebie obraz.

Zaczynasz się zastanawiać, czy ten taniec, który codziennie tańczysz, jest naprawdę takim pięknym, jak myślałaś. Zaczynasz krok po kroku -od podstawowych, poprzez coraz trudniejsze, wreszcie potrafiąc coraz więcej.

Po drodze się uczysz, upadasz, zaczynasz od nowa, bierzesz dodatkowe lekcje. Spędzasz godziny na dopracowaniu każdego gestu, zasięgasz rad choreografów, swojego Mistrza i masz poczucie, że robisz dobrą robotę.

Teraz stojąc z boku, nie słysząc muzyki i nie czując radości, myślisz sobie, że to nie piękny taniec, ale jakiś pokraczny marsz. Podczas którego odbijasz ślad swoich stóp kolejno na każdej desce parkietu, ale nie na tyle mocno, żeby został tam przy kolejnym myciu podłogi.

Przyglądasz się i masz wrażenie, że tyle już zrobiłaś, tak dużo postawiłaś kroków, które podobają się publiczności, ale nie na tyle, żeby zachwycić.

I kręcisz się w kółko, jednocześnie stając się coraz lepszą w tym co robisz i zmęczoną staraniami.

Z jednej strony trwasz w radosnym pląsie, czując szczęście. Z drugiej, stoisz w ciemności, która szepcze Ci do ucha same złe rzeczy. Prześmiewcze opinie o Twoim stylu tańca, uwagi mające na celu wyprowadzić Cię z równowagi, zniechęcić i zasmucić.

Teraz układ, który był Twój. Taki znany, wyuczony i bezpieczny. Staje Ci się zupełnie inny, obcy.

Spójrz w oczy tego, z kim tańczysz. Zostaniesz w ciemności słuchając jej szeptów? Czy postanowisz mocniej złapać dłoń swojego partnera? Na nowo usłyszeć muzykę i stworzyć jeszcze lepszą choreografię. A potem ją zatańczysz…

Wiem, że kiedy wypadniesz z rytmu i otuli Cię noc, masz ochotę zostać w jej objęciach. Nie dlatego, że jest Ci tam dobrze, ale nie masz siły wskoczyć znów na parkiet.

Wydaje Ci się, że tutaj będziesz mogła odpocząć, zamknąć oczy, nabrać sił, na chwilę się wyłączyć.

Ale zbyt długa ciemność nigdy nie jest dobra. W końcu zaczyna przytłaczać swoim mrokiem. Nie widzisz tak dobrze jak w świetle. Wreszcie już nie tylko na zewnątrz brakuje blasku, ale zaczyna on znikać także w Tobie.

A na parkiecie jest tak dużo światła. I muzyka wciąż gra. Radość Cię wyczekuje. A niezatańczony taniec czeka na swój wielki finał…

Zły dzień

Dostałam w łeb.

Miałam dziś gorszy dzień. Taki, w którym łatwo przychodzi złość. Brakuje łagodności i spokoju.

Denerwowałam się. Miałam wrażenie, że nawalam, robiąc dokładnie odwrotnie, niż naprawdę myślę i czuję.

Schodząc ze strychu, jak zwykle złożyłam drabinkę i odwróciłam się po rączkę, żeby zamknąć właz. Wtedy czas na chwilę się zatrzymał.

Poczułam ból, ale nie miałam pojęcia co go spowodowało. Wtedy odwróciłam głowę i zobaczyłam, że drabinka wisi, kołysząc się.

Musiałam na chwilę usiąść, potrzebowałam kilku sekund na ogarnięcie tego, co się właśnie stało. Polały się łzy, dużo łez. Jak u moich chłopców, jak u dziecka.

Poczułam jak głowa mi pulsuje i trochę się przestraszyłam, bo neurolog zalecała mi chronić moją rozczochraną przed urazami.

Teraz siedzę, czując pod palcami guza. Nadal trochę boli, ale z jednej strony jestem za niego wdzięczna.
Przypomina mi, że kocham swoje życie i że w takie dni jak ten, muszę się bardziej postarać.

Złość, brak cierpliwości i zwątpienie, nie będą nade mną panować.
Modliłam się dziś o ich pokonanie i tym walnięciem w łeb, dostałam oprócz guza przypomnienie.

O tym, że czasami są gorsze dni – jednak ja w jednej chwili mogę je stracić. A na pewno jeszcze bym tego nie chciała. Mam tu sporo do zrobienia, przede wszystkim jeśli chodzi o pracę nas sobą, dawanie miłości i radość z moich bliskich.

Żyjemy, jakbyśmy byli tu na zawsze. Zapominamy, że naprawdę w KAŻDEJ chwili, ta droga może się skończyć, nie dając szansy na pożegnanie i powodzenie tego, co najważniejsze, co prawdziwe.

Dlatego właśnie, od nowa zamierzam się postarać. – Żyć tak, żeby nie marnować ani chwili na złe emocje i uczucia.

Nie chodzi o to, żeby mieć same dobre dni, ale żeby w tych gorszych, znajdować naukę i siłę, a przede wszystkim, żeby jeszcze bardziej uświadamiać sobie, że przecież jesteśmy naprawdę szczęśliwi.

Siła

Życie to chwile. Naprawdę. To nie jest pusty slogan. Nasz świat tworzą momenty. I to nas cholernie kształtuje, tworzy nieodwracalne.

I te minuty potrafią być okrutnym przeciwieństwem.

Wczoraj tam, dzisiaj tu.
Czujesz się jak w innym świecie, będąc tam, a to jest przecież ten sam świat…

Nie da się uciec, wybrać tylko tych przyjemnych dla nas aspektów. Trzeba brać się za bary ze wszystkimi porami. Przeżyć je jak najlepiej, nawet jeśli mamy ochotę krzyczeć.

Tęsknisz za domem, chociaż to zaledwie kilka godzin. Dlatego, że tylko tu, da się naprawdę żyć.

Prawdziwe dobro, to przeżyć każdą z tych chwil głęboko. Nie próbując zagłuszyć ich trwania, kiedy są trudne, ale chłonąć je. Myśleć o nich, nawet przy mocno zaciśniętych zębach. Nie pozwolić by ciężar momentu nas zgniótł, ale żeby nas nauczył – nas samych, dotąd niepoznanych. Pokazał ile mamy w sobie siły, ile możemy zobaczyć i zrobić, jeśli trzeba.

To prawda, że świat nie jest tylko czarny albo biały. Jest tutaj tyle kolorów, tyle odcieni uczuć i emocji. Tak dużo pochodnych barw naszych pragnień, marzeń, potrzeb. I aż niewiarygodne , że one wszystkie tworzą jednego człowieka, jedno miejsce.

Prawdziwe szczęście jest w tym, że mogę wrócić z tego trudnego zakątka i odpocząć. Że mam gdzie i do kogo. Że jesteśmy razem i tam i tu. Mój azyl na mnie czeka, zawsze. Otula swoim spokojem i ciepłem, dając siły. Szczęście.

Jestem.

Jestem.

Wciąż próbując pokochać jesień. Starając się docenić jej uroki i dary. Równocześnie do bólu zdając sobie sprawę z tego, że mi to po prostu nie wychodzi.
Jak ona prawdziwie obrazuje trudną miłość. Taką wymagającą. Prawdziwą.
Jesień uświadamia mi, jak mało mogę sama z siebie. Jak my ludzie jesteśmy prości i słabi. Kiedy tylko coś jest nie po naszej myśli, tak łatwo poddajemy się zniechęceniu i złemu nastrojowi. Wszystko w koło przybiera ponure barwy, tak widzimy otoczenie i tak samo zaczyna dziać się w nas. W środku robi się szaro. Okropnie chcemy to zmienić, zawalczyć, ale przytłacza nas ta ponurość.

Spędzamy czas na narzekaniu.
Widzimy tylko minusy i gorsze strony i to  przysłania nam piękno. Tracimy czas na  tęsknotę i smutek. Na wyczekiwanie czegoś co się skończyło, a my tak bardzo chcemy, żeby wróciło. I zamiast doceniać, żałujemy.

Wtedy każdy dzień przemija, ale nieprzeżyty tak, jak powinien. Niedostrzeżony, cieszący, lśniący i w pełni satysfakcjonujący.

A to zaledwie początek, kilka pierwszych dni.  Czy warto skupiać się na chłodzie i ciemności?

Pewnie, że nie. I ja to wiem. I w tej całej beznadziei, to właśnie jest ten promień światła. – Że ja naprawdę, każdego dnia próbuję. Staram się i bardzo chcę – pokochać. Nie tylko to, co łatwo daje się przyjąć, ale przede wszystkim to, czego z początki nie potrafimy chociaż zaakceptować.

Pożegnałam lato ze wszystkimi jego urokami, wspomnieniami i sprzyjającymi okolicznościami. Nie chcę o nim zapomnieć, ale nie chcę też być więźniem jego uroku. Chcę być szczęśliwa z uczuciem jakie do niego żywię.

Bo na tym polega wolność.

Pożegnanie lata

Żegnam Cię lato. Choć nie odchodzisz jeszcze na dobre, to już coraz głośniej zapowiadasz swoje zamiary wyruszenia w podróż. Wraz z Tobą, odprowadzam też wzrokiem ten dziwny czas, który przemija, jak Ty.

Oczekuję też jutra. Tego, co przyniesie Twoje odejście. Nie chcę powiedzieć, że lepszego, bo wczoraj mimo tego, że rzucające wyzwanie, było pouczające.

Będę tęsknić i wypatrywać Cię każdego dnia, w tym samym oknie. Jedno jest pewnie, wrzosy znów zakwitły, delikatnie mówiąc Ci, że nadchodzi czas.

Idź, wiem, że musisz. I chociaż to ciężkie pożegnanie, postaram się podtrzymywać w sobie kawałek Ciebie. Zostaniesz we mnie, jako wspomnienie. Kiedy zamknę oczy, poczuję Twój ciepły dotyk.

I koniecznie wróć. Nie pobłądź w tym dziwnym i zakręconym świecie. Znajdź mnie, gdziekolwiek uda Ci się mnie zastać.

Ja zawsze będę czekać. Nie wiem czy ta sama. Dobrze wiesz, że każdy dzień mnie zmienia. Będę o siebie walczyć, taką, jaką widzę się w promieniach Twojego letniego słońca.

Ono dodaje mi radości i odwagi. Pewności i nadziei.

Wiem co myślisz. Obiecuję, że postaram się pokochać jesień. Docenić zimę. A nade wszystko nie stracić ich uroku i darów, skupiając się na ciągłym Ciebie wypatrywaniu.

Spróbuję zamienić oczekiwanie, na wyczekiwanie. Brać garściami z tego, co jest, nie żałując, że nie ma Ciebie.

Idź lato. Jestem gotowa.

Zwątpienie

Łatwo powiedzieć. Nie obrażaj się, nie fochaj, nie dąsaj.

Tylko dlaczego to takie trudne?
Jeszcze bardziej ciężko jest zaufać i uwierzyć, w chwilach niepewności. Kiedy nie wszystko jest od nas zależne i pojawia się obawa – wcale nie mamy ochoty, żeby bez lęku czekać. Nie mówiąc już o towarzyszącej temu radości.

Nie potrafimy tak po prostu zaufać. Dużo łatwiej jest, kiedy idzie po naszej myśli, wszystko się układa i klei w taką całość, jakiej oczekujemy.

W tych momentach, gdy grunt pod nogami zaczyna się powoli osuwać i musimy płynąć z nieznanym prądem, ogarnia nas strach.
Wtedy dużo łatwiej wypełnia nas zwątpienie, rezygnacja i właśnie – obraza.

Mamy nerwy na wszystko dookoła. Świat jest zły, ludzie nie tacy, okoliczności niesprzyjające i Bóg. Niesprawiedliwy, nie działający cudów, nie spełniający naszych życzeń.
I to jest prawdziwy sprawdzian dla naszego serca. Jeśli więc, nie żałujesz żadnego z wcześniejszych swoim wyborów i jesteś pewien co do tego, co jest dla Ciebie, w Twoim życiu najważniejsze – postaraj się nie lękać. Nie zamęczają się gdybaniem, co by było gdyby. Nie katuj się, robiąc w ten sposób kroki w tył. Przepędź wątpliwości. Postąpiłeś słusznie!

I mimo wszystko spróbuj pisać w sobie te słowa:

„Raduj się w Panu, a on spełni pragnienia Twojego serca.
Powierz Panu swoja drogę i zaufaj Mu. On sam będzie działał”.

Za każdym razem dodając dopisek: wbrew niechęci i rezygnacji.

Kiedy już napiszesz, czytaj je, potem zaśpiewaj. Z czasem usłyszysz muzykę i zrozumiesz.

Dzięki temu nie dostaniesz pstryczka w nos, kiedy okaże się, że się udało.
Nie będzie Ci głupio, że zwątpiłeś w ciężkim momencie, a On znów nie zawiódł.
Może nawet zapłaczesz, gdy dojdzie do Ciebie, że przez cały ten czas On był tuż obok.

Ja ciągle próbuję. Uczę się pokory i wiary. W ciężkich chwilach życie bezlitośnie pokazuje mi, jaka jestem słaba.

Ale wiesz co? Nie zamierzam się poddać. 🙂

I znów zaczynam nucić… ?

Boga rozczarowanie

Ale musi Ci być smutno Panie Boże.

Kiedy widzisz, jak stworzony przez Ciebie człowiek jest największym niszczycielem wśród innych Twoich dzieł.

Najpotężniejsze arcydzieło, powstałe w wyniku Twojej niepojętej Miłości – człowiek.

Dałeś nam w prezencie to, nad czym pracowałeś, czego pragnąłeś, co ukochałeś – świat.

Podarowałeś nam życie i ziemię do użytku, pełen nadziei, że nie damy się owładnąć swojemu egoizmowi.
Jak bardzo musisz być smutny Panie Boże, widząc to, co robimy na całym świecie.
Ile razy ocierasz łzy, słysząc ten krzyk, rozchodzący się na całej planecie. Dla nas jest on niemy, niewidoczny, dla Ciebie wszechobecny.

Podnosimy na siebie ręce, które miały nieść dobro. Zabijamy zaślepieni rządzą władzy i bogactwa. Nie rozglądamy się wokół szukając okazji do podniesienia swoich braci, ale sposobności by ich kopnąć.

Wojny domowe, głód, brak wody, zniewolenia, tortury, śmierć, niszczenie natury, zadawanie ciosów zwierzętą, sianie spustoszenia na całej ziemi.

Jak wielki musisz czuć ból, widząc, jak jedno twoje ukochane dziecko zadaje rany drugiemu. Cały czas.

Jak potężne jest Twoje rozczarowanie człowiekiem, któremu powierzyłes losy całego stworzenia.

I na co Ty jesCze czekasz Panie Boże?
Dlaczego ciągle jeszcze dajesz nam czas na opamiętanie.

Czy Ty cały czas wierzysz, że możemy się zmienić?
Czy tak bardzo kochasz to swoje niedoskonałe dzieło, że nie chcesz jego potępiania?

Modlitwa

Złap mnie za rękę i poprowadź.
Nie daj mi tracić czasu na błądzenie.
Nie pozwól łazić bez sensu, po drogach, które mnie nigdzie nie zaprowadzą.
Złap mnie za rękę i pokieruj tam, gdzie powinnam pójść.

Pokaż mi, co jest do zrobienia i pociągnij mocniej za moją dłoń.
Bo chcę tego. O to proszę.
Poprowadź mnie. W swój delikatny sposób.

A jeśli będę stawiać opór i mimo Twojej zachęty, pójdę w inną stronę – nie puszczaj – mimo wszystko.
Zostań ze mną wbrew mojej naiwności i głupocie.
Strać ze mną czas na tych poboczach, żebym mogła zrozumieć i zawrócić.

Nie dopuść tylko, by było za późno.
Pozwól mi się nauczyć. Daj czas, żebym zrozumiała i zatrzymała się. Spojrzała w siebie i unosząc głowę – zobaczyła tę właściwą ulicę.

Wtedy mocno zacisnę swoją dłoń na Twojej i tym razem ja pociągnę Ciebie. Tylko teraz zdecydowanie, z zachwytem i pewnością. Popatrzę Ci głęboko w oczy i uśmiechnę się. Skiniemy do siebie i pobiegniemy.

Ty tak bardzo dumny, ja tak bardzo pewna.

Error

Mówimy, że słuchamy Pana Jezusa. Czasami nawet bardzo głośno wykrzykujemy Jego słowa w stronę innych, używając ich, jako argumentów we wszelkiego rodzaju sporach. Jesteśmy przekonani, że mamy rację. Mówimy to, co uważamy za słuszne. Jesteśmy wręcz przesiąknięci pewnością, co do swojej racji.

Error

A wiecie, co ja myślę?
Że tak bardzo zafiksowaliśmy się na siebie, że sami siebie zagłuszamy. Słuchamy Jezusa, ale czy słyszymy, co On do nas mówi? Nie. Bo nawet Jego słowa dopasowujemy pod siebie. Jak nam wygodniej. Nie zwracamy uwagi na to, że wdarły się w nas fałszywe odczucia i intencje. Skutecznie wciskamy przycisk „anuluj” przy pojawiającym się od czasu do czasu komunikacie: Błąd. Znika informacja, impuls zostaje wyłączony, więc możemy ze spokojem ciągnąć w złym kierunku – bo bez wyrzutów sumienia.
Inni też nas ukierunkowują. Nasze myślenie i przekonania. Rodzice, dom, z którego pochodzimy, wartości. Od pierwszych lat na ziemi kroczymy krok za krokiem, jak baranki, tam gdzie idzie nasze stado. Kiedy stajemy się dorośli, niektóre kwestie są oczywiste. Myślimy, że przecież zawsze tak było, więc tak jest dobrze. To nieprawda! Nie możemy tkwić w stereotypach, których się nauczyliśmy. Jeśli nie będziemy słuchać siebie, swojej intuicji i wciąż będziemy ignorować wyskakujące komunikaty, to nigdy się nie rozwiniemy. Nie zmienimy się na lepsze, nie zmienimy świata, Kościoła. Nasza relacja z Bogiem będzie ciągle taka sama. – My stojący z założonymi rękami i On mówiący do nas – bez skutku.
Nie możemy pozwolić na to, by strach przed zmianą, zamykał nas w skorupie. Przemyślane zmiany, te przegadane z Bogiem, przy rozłożonych rękach i otwartych uszach, mogą być tymi najwspanialszymi.

Rozdział.

Może nie brzmi to dobrze. Kojarzy się z dystansem, jakiegoś rodzaju rozstaniem. Ale rozdział, to nie to samo, co podział. Czasami jest on potrzebny, żeby każda ze stron mogła się zastanowić, na nowo odnaleźć swoje powołanie, a tym samym zadania i cele. Rozdział jest potrzebny, żeby mogło dość do zjednoczenia. Ostatnio bardzo pracują we mnie słowa Jezusa, które wypowiedział, żeby nam przypomnieć o ty, że każdemu trzeba oddać to, co mu się należy.
Ja sama zawsze czułam lęk, kiedy słyszała, że ktoś chcę doprowadzić do rozdziału Państwa od Kościoła. Automatycznie wyrastała wokół mnie kopuła, która nawet nie chciała o tym słuchać. Bariera mająca za zadanie odpychać wszelkie argumenty i prawdę. Najważniejsze było, że tak jest bezpiecznie. Stwierdzenie, że Polska jest krajem katolickim robiło całą robotę. Skoro tak, to rozdział oznacza nic innego, jak zmianę w kraj bez wiary, religi i Boga.

Znów Error.

To straszne kłamstwo. Bzdura, która nie chciała pokazać swojego prawdziwego oblicza. Przez przybranie maski, bez problemu sprawiała, że siedziałam w swojej skorupie, nie wychylając nawet nosa. Ale Bóg potrafi pokonać wszelkie przeszkody. Kopuły, mury, skorupy. I dotarły do mnie fale dźwiękowe, płynące z ust Jezusa, mówiącego o Bogu i Cesarzu. Nie cytat, który znam na pamięć. Którego wysłuchiwałam w świątyni nie raz i nie dwa. Wreszcie nie tyle słyszałam, to, co chciałam, ale usłyszałam przekaz, który Pan Jezus zawarł w swojej odpowiedzi na temat Państwa i Kościoła. Wiary i Boga. Religi i miłości.
Dziś widzę, że połączenie tych par w jedno, jest złe. Zaprzecza istocie każdej ze stron. Kiedy idą obok siebie i trzymają się za rękę, rozmawiają, współgrają, idą jednym krokiem – dochodzą daleko, robiąc przy tym dobro. Kiedy jednak na siłę łączy się dwa elementy w nienaturalną jedność, wychodzi klapa. To tak jakby małżeństwo nie było połączeniem dwóch osób, w jedno serce w dwóch ciałach, ale jakby jeden z małżonków wchłaniał drugiego podczas ceremonii ślubnej. Głupota, prawda? Coś niemożliwego. Przeczącego naturze i niewykonalnego.
Tak samo jest z Państwem i Kościołem. To samo dotyczy wiary, która może istnieć bez Boga i odwrotnie. Kiedy na siłę chcemy to połączyć, dzieją się złe rzeczy. Dochodzi do kłótni, walki, ale przede wszystkim do niezrozumienia drugiego człowieka i poróżnienia. Jedna ze stron jest zła, bo ta druga czuje i myśli inaczej. Ta druga zaś, jest skrzywdzona ową złością.
Można uznawać się za wierzącego, ale nie mieć nic wspólnego z Bogiem, tak samo jak można być bardzo blisko największego Dobra i mieć czyste serce pełne miłości, nie poznając nigdy Boga.
Jestem przekonana, że gdyby Pan Jezus wszedł do dzisiejszego Kościoła, przepełnionego układami i kryciem grzechu, to zacząłby wszystko przewracać. Tak jak w Jerozolimie. Chciałby wszystko zburzyć, bo ten pozorny porządek jest zły. Nie tak to wszystko chciał poukładać, zakładając na ziemi Kościół. On nie chciał, żeby świątynia była miejscem sprzedaży. Nie pieniądz miał przecież rządzić w tym miejscu. Nie rzeczy materialne miały być istotą skupiająca na sobie uwagę. Rozgoniłby stragany kłamstwa, polityki, pychy i grzechu, żeby wyciągnąć później swoją rękę i pomóc wrócić każdemu na swoje miejsce.
Miłość i modlitwa to rzeczy, które powinny wypełniać kościoły. Otwartość na człowieka, który przychodzi po światło i ukojenie. Bóg przebywając na ziemi, pokazał, że pochyli się nad każdym ze swoich dzieci. Każdego wysłucha, uzdrowi, upomni, nauczy. Tylko On.

Nie ma Go.

Ośmielę się jednak napisać, że w wielu kościołach nie ma już Boga. Bo go z nich wygoniono, ustępując miejsca przekonaniom i swoi prawdom. Pasterze nie chronią owiec, ale narzucają im swoje poglądy i wolę, biegając wśród stada z kijem. Zapanował chaos, w którym zgubiły się wiara, miłość i cichość serca. Jak możemy usłyszeć Boga w takim bałaganie. Gdzie On w nim, w ogóle jest?
Nie wciskajmy następnym razem przycisku „anuluj”. Kościół jest Boga. Oddajmy mu go.

Uśmiech życia

Idąc coraz dalej, krok za krokiem – weryfikuje się całe nasze życie. Każde następne postawienie stopy na podłożu, jakie by nie było, zbliża nas do prawdy:
O tym, jacy chcemy być, a jacy jesteśmy naprawdę.
O tym, kim są nasi przyjaciele, a o kim myśleliśmy, że nimi są.
O tym, jak postrzegaliśmy nasze życie jeszcze dwa kroki wcześniej, a jak widzimy je dzisiaj.
O tym, jaki naprawdę jest świat, który cały czas nas otacza, a jakim wydawał nam się być.

I nieważne , po jakiej drodze idziemy: czy wiebieramy te łatwe szlaki, czy mega trudne, mało uczęszczane szosy.
– Jest coś , co nigdy się nie zmieni: zawsze gdzieś dojdziemy, za każdym razem inni, przemienieni przez to, co spotkało nas po drodze. Dopóki żyjemy, nasze nogi będą na zmianę się wyprzedzać, zmierzając w jakimś kierunku.
Nie jeden raz się zatrzymamy, zgłupiejemy, nie będziemy wiedzieli jak wybrać i nie oszukujemy się – nieraz wybierzemy źle.
Od nas tylko zależy, jacy się staniemy, pokonując podczas tych wyborów siebie. Następnie stawiając czoła konsekwencją swojej głupoty lub przeżywając rozważnie swoją wygraną.
‌Idźmy. I obracamy się za siebie, jeśli jest nam to potrzebne, ale nie robimy tego, kiedy wspomnienia do których wracamy, są niszczące.
‌ Nie siejmy zamętu w swojej głowie, żeby nasze nogi nie musiały się przez to poplątać. Bo upadek boli, a nie zawsze jest potrzebny, pouczający i wzmacniający, czasami po prostu jest beznadziejnym kaprysem, który pojawia się w naszej głowie z bezsilności. Ostatnią deską ratunku. Brzytwą, której specjalnie się chwytamy, żeby pokazać światu, jak wielkie jest nasze cierpienie.

Każda droga jest piękna i wyjątkowa. Nawet jeśli nie wydaje nam się taka wtedy, kiedy ją pokonujemy, to kiedyś dojdziemy do jej kresu i będziemy za nią wdzięczni. Wiecie dlaczego? Ponieważ zrozumiemy stojąc już na mecie, że właśnie ukończyliśmy jedyną podróż, której już nie powtórzymy.

Ja chcę ją zakończyć z szerokim uśmiechem na twarzy.  A Ty? 🙂