Modlitwa

Złap mnie za rękę i poprowadź.
Nie daj mi tracić czasu na błądzenie.
Nie pozwól łazić bez sensu, po drogach, które mnie nigdzie nie zaprowadzą.
Złap mnie za rękę i pokieruj tam, gdzie powinnam pójść.

Pokaż mi, co jest do zrobienia i pociągnij mocniej za moją dłoń.
Bo chcę tego. O to proszę.
Poprowadź mnie. W swój delikatny sposób.

A jeśli będę stawiać opór i mimo Twojej zachęty, pójdę w inną stronę – nie puszczaj – mimo wszystko.
Zostań ze mną wbrew mojej naiwności i głupocie.
Strać ze mną czas na tych poboczach, żebym mogła zrozumieć i zawrócić.

Nie dopuść tylko, by było za późno.
Pozwól mi się nauczyć. Daj czas, żebym zrozumiała i zatrzymała się. Spojrzała w siebie i unosząc głowę – zobaczyła tę właściwą ulicę.

Wtedy mocno zacisnę swoją dłoń na Twojej i tym razem ja pociągnę Ciebie. Tylko teraz zdecydowanie, z zachwytem i pewnością. Popatrzę Ci głęboko w oczy i uśmiechnę się. Skiniemy do siebie i pobiegniemy.

Ty tak bardzo dumny, ja tak bardzo pewna.

Error

Mówimy, że słuchamy Pana Jezusa. Czasami nawet bardzo głośno wykrzykujemy Jego słowa w stronę innych, używając ich, jako argumentów we wszelkiego rodzaju sporach. Jesteśmy przekonani, że mamy rację. Mówimy to, co uważamy za słuszne. Jesteśmy wręcz przesiąknięci pewnością, co do swojej racji.

Error

A wiecie, co ja myślę?
Że tak bardzo zafiksowaliśmy się na siebie, że sami siebie zagłuszamy. Słuchamy Jezusa, ale czy słyszymy, co On do nas mówi? Nie. Bo nawet Jego słowa dopasowujemy pod siebie. Jak nam wygodniej. Nie zwracamy uwagi na to, że wdarły się w nas fałszywe odczucia i intencje. Skutecznie wciskamy przycisk „anuluj” przy pojawiającym się od czasu do czasu komunikacie: Błąd. Znika informacja, impuls zostaje wyłączony, więc możemy ze spokojem ciągnąć w złym kierunku – bo bez wyrzutów sumienia.
Inni też nas ukierunkowują. Nasze myślenie i przekonania. Rodzice, dom, z którego pochodzimy, wartości. Od pierwszych lat na ziemi kroczymy krok za krokiem, jak baranki, tam gdzie idzie nasze stado. Kiedy stajemy się dorośli, niektóre kwestie są oczywiste. Myślimy, że przecież zawsze tak było, więc tak jest dobrze. To nieprawda! Nie możemy tkwić w stereotypach, których się nauczyliśmy. Jeśli nie będziemy słuchać siebie, swojej intuicji i wciąż będziemy ignorować wyskakujące komunikaty, to nigdy się nie rozwiniemy. Nie zmienimy się na lepsze, nie zmienimy świata, Kościoła. Nasza relacja z Bogiem będzie ciągle taka sama. – My stojący z założonymi rękami i On mówiący do nas – bez skutku.
Nie możemy pozwolić na to, by strach przed zmianą, zamykał nas w skorupie. Przemyślane zmiany, te przegadane z Bogiem, przy rozłożonych rękach i otwartych uszach, mogą być tymi najwspanialszymi.

Rozdział.

Może nie brzmi to dobrze. Kojarzy się z dystansem, jakiegoś rodzaju rozstaniem. Ale rozdział, to nie to samo, co podział. Czasami jest on potrzebny, żeby każda ze stron mogła się zastanowić, na nowo odnaleźć swoje powołanie, a tym samym zadania i cele. Rozdział jest potrzebny, żeby mogło dość do zjednoczenia. Ostatnio bardzo pracują we mnie słowa Jezusa, które wypowiedział, żeby nam przypomnieć o ty, że każdemu trzeba oddać to, co mu się należy.
Ja sama zawsze czułam lęk, kiedy słyszała, że ktoś chcę doprowadzić do rozdziału Państwa od Kościoła. Automatycznie wyrastała wokół mnie kopuła, która nawet nie chciała o tym słuchać. Bariera mająca za zadanie odpychać wszelkie argumenty i prawdę. Najważniejsze było, że tak jest bezpiecznie. Stwierdzenie, że Polska jest krajem katolickim robiło całą robotę. Skoro tak, to rozdział oznacza nic innego, jak zmianę w kraj bez wiary, religi i Boga.

Znów Error.

To straszne kłamstwo. Bzdura, która nie chciała pokazać swojego prawdziwego oblicza. Przez przybranie maski, bez problemu sprawiała, że siedziałam w swojej skorupie, nie wychylając nawet nosa. Ale Bóg potrafi pokonać wszelkie przeszkody. Kopuły, mury, skorupy. I dotarły do mnie fale dźwiękowe, płynące z ust Jezusa, mówiącego o Bogu i Cesarzu. Nie cytat, który znam na pamięć. Którego wysłuchiwałam w świątyni nie raz i nie dwa. Wreszcie nie tyle słyszałam, to, co chciałam, ale usłyszałam przekaz, który Pan Jezus zawarł w swojej odpowiedzi na temat Państwa i Kościoła. Wiary i Boga. Religi i miłości.
Dziś widzę, że połączenie tych par w jedno, jest złe. Zaprzecza istocie każdej ze stron. Kiedy idą obok siebie i trzymają się za rękę, rozmawiają, współgrają, idą jednym krokiem – dochodzą daleko, robiąc przy tym dobro. Kiedy jednak na siłę łączy się dwa elementy w nienaturalną jedność, wychodzi klapa. To tak jakby małżeństwo nie było połączeniem dwóch osób, w jedno serce w dwóch ciałach, ale jakby jeden z małżonków wchłaniał drugiego podczas ceremonii ślubnej. Głupota, prawda? Coś niemożliwego. Przeczącego naturze i niewykonalnego.
Tak samo jest z Państwem i Kościołem. To samo dotyczy wiary, która może istnieć bez Boga i odwrotnie. Kiedy na siłę chcemy to połączyć, dzieją się złe rzeczy. Dochodzi do kłótni, walki, ale przede wszystkim do niezrozumienia drugiego człowieka i poróżnienia. Jedna ze stron jest zła, bo ta druga czuje i myśli inaczej. Ta druga zaś, jest skrzywdzona ową złością.
Można uznawać się za wierzącego, ale nie mieć nic wspólnego z Bogiem, tak samo jak można być bardzo blisko największego Dobra i mieć czyste serce pełne miłości, nie poznając nigdy Boga.
Jestem przekonana, że gdyby Pan Jezus wszedł do dzisiejszego Kościoła, przepełnionego układami i kryciem grzechu, to zacząłby wszystko przewracać. Tak jak w Jerozolimie. Chciałby wszystko zburzyć, bo ten pozorny porządek jest zły. Nie tak to wszystko chciał poukładać, zakładając na ziemi Kościół. On nie chciał, żeby świątynia była miejscem sprzedaży. Nie pieniądz miał przecież rządzić w tym miejscu. Nie rzeczy materialne miały być istotą skupiająca na sobie uwagę. Rozgoniłby stragany kłamstwa, polityki, pychy i grzechu, żeby wyciągnąć później swoją rękę i pomóc wrócić każdemu na swoje miejsce.
Miłość i modlitwa to rzeczy, które powinny wypełniać kościoły. Otwartość na człowieka, który przychodzi po światło i ukojenie. Bóg przebywając na ziemi, pokazał, że pochyli się nad każdym ze swoich dzieci. Każdego wysłucha, uzdrowi, upomni, nauczy. Tylko On.

Nie ma Go.

Ośmielę się jednak napisać, że w wielu kościołach nie ma już Boga. Bo go z nich wygoniono, ustępując miejsca przekonaniom i swoi prawdom. Pasterze nie chronią owiec, ale narzucają im swoje poglądy i wolę, biegając wśród stada z kijem. Zapanował chaos, w którym zgubiły się wiara, miłość i cichość serca. Jak możemy usłyszeć Boga w takim bałaganie. Gdzie On w nim, w ogóle jest?
Nie wciskajmy następnym razem przycisku „anuluj”. Kościół jest Boga. Oddajmy mu go.

Uśmiech życia

Idąc coraz dalej, krok za krokiem – weryfikuje się całe nasze życie. Każde następne postawienie stopy na podłożu, jakie by nie było, zbliża nas do prawdy:
O tym, jacy chcemy być, a jacy jesteśmy naprawdę.
O tym, kim są nasi przyjaciele, a o kim myśleliśmy, że nimi są.
O tym, jak postrzegaliśmy nasze życie jeszcze dwa kroki wcześniej, a jak widzimy je dzisiaj.
O tym, jaki naprawdę jest świat, który cały czas nas otacza, a jakim wydawał nam się być.

I nieważne , po jakiej drodze idziemy: czy wiebieramy te łatwe szlaki, czy mega trudne, mało uczęszczane szosy.
– Jest coś , co nigdy się nie zmieni: zawsze gdzieś dojdziemy, za każdym razem inni, przemienieni przez to, co spotkało nas po drodze. Dopóki żyjemy, nasze nogi będą na zmianę się wyprzedzać, zmierzając w jakimś kierunku.
Nie jeden raz się zatrzymamy, zgłupiejemy, nie będziemy wiedzieli jak wybrać i nie oszukujemy się – nieraz wybierzemy źle.
Od nas tylko zależy, jacy się staniemy, pokonując podczas tych wyborów siebie. Następnie stawiając czoła konsekwencją swojej głupoty lub przeżywając rozważnie swoją wygraną.
‌Idźmy. I obracamy się za siebie, jeśli jest nam to potrzebne, ale nie robimy tego, kiedy wspomnienia do których wracamy, są niszczące.
‌ Nie siejmy zamętu w swojej głowie, żeby nasze nogi nie musiały się przez to poplątać. Bo upadek boli, a nie zawsze jest potrzebny, pouczający i wzmacniający, czasami po prostu jest beznadziejnym kaprysem, który pojawia się w naszej głowie z bezsilności. Ostatnią deską ratunku. Brzytwą, której specjalnie się chwytamy, żeby pokazać światu, jak wielkie jest nasze cierpienie.

Każda droga jest piękna i wyjątkowa. Nawet jeśli nie wydaje nam się taka wtedy, kiedy ją pokonujemy, to kiedyś dojdziemy do jej kresu i będziemy za nią wdzięczni. Wiecie dlaczego? Ponieważ zrozumiemy stojąc już na mecie, że właśnie ukończyliśmy jedyną podróż, której już nie powtórzymy.

Ja chcę ją zakończyć z szerokim uśmiechem na twarzy.  A Ty? 🙂

Życie to chwila

Tak sobie myślę, że za mało żyjemy.
Niby jesteśmy, wstajemy, pracujemy, wykonujemy swoje obowiązki, kładziemy się spać, i tak w kółko.
Niby doceniamy, cieszymy się, kochamy, przeżywamy, ale jakoś tak po łebkach.

A my naprawdę jesteśmy tutaj na chwilę.

Niby wierzymy, mamy nadzieję, kochamy, staramy się, ale tak naprawdę nie dajemy z siebie wszystkiego.

Nie zauważamy, że obok nas jest ktoś, kto żyje z całych sił, kurczowo trzyma się życia i o nie walczy.

Dopiero kiedy zgaśnie tak bardzo świecąca iskra, nagle się zatrzymujemy. Rozglądamy się i uświadamiamy sobie, że też chcielibyśmy mieć taką wiarę, taki ogień i świadomość swojego bycia tutaj. Tu i teraz.

Ja chcę żyć. Chcę. Tak naprawdę, na razie tutaj, a kiedyś po drugiej stronie.

Dziś miałam okazję spotkać się z pięknym świadectwem. Z głęboką , czystą miłością i wiarą, prawdziwą i szczerą.

Jestem mała. Bardzo. I dziękuję, że mogę spotykać wielkich ludzi, z wielkimi sercami i ogromnym przekonaniem o tym, że zmierzamy w zupełnie inne Miejsce.

Pomiędzy

Ostatnio nie mam czasu pisać.
Jeśli już znajdę chwilę, to poświęcam ją na pisanie kolejnych zdań mojej drugiej książki.

„Słodkie cytryny i Raj” powstają powoli, kiedy widzę tempo innych autorek, zastanawiam się jak one to robią. Dlaczego ja tak nie potrafię… Pogodzić wszystkie obowiązki: Bycie mamą dwójki aktywnych młodych chłopców, bycie żoną, właścicielką trzech zwierzaków. Tą, która chce dbać o bliskich, swoje relacje, ale też o dom i to co wokół niego. Korzystać z dóbr natury, ubogacić otoczenie, śmiać się, modlić, zadumać, porozmawiać, przytulić, zapłakać… Międzyczasie zadbać o siebie. Dla siebie. I dla nich.

Zapomnieć o wirusie i zwariowanym ostatnio jezcze bardziej świecie, jednoczenie nie lekceważyć zagrożenia.

Nie wiem czy inni stawiają tylko na kilka z tych rzeczy, czy potrafią zadbać o nie wszystkie naraz perfekcyjnie.
Ja do tego dążę. Podziwiam, ale też zazdroszczę tym, którzy to potrafią. Choć wiem, że to uczucie nie jest dobre. Nie chcę go.

Moja druga książka powstaje powoli, zresztą tak samo jak pierwsza. Ich historie to tworzenie rozciągnięte w czasie. Między jednym dzieckiem a drugim, raczkującym macierzyństwem, a ciążą. Pomiędzy porodami, a dobrym wychowaniem dwóch odrębnych istot, które kiedyś pójdą w świat i będą tworzyć swoje własne. – Nie chcę tego schrzanić. ❤️
Między jednym psem – a dwoma psami i kotem. Między mieszkaniem, a domem. Między miastem a miasteczkiem. Między mną kiedyś – a teraz. W normalnym świecie i dzisiejszym – oszalałym.

Skończę tę książkę, a to, że piszę się ona tak, a nie inaczej, sprawia, że jest i będzie, jeszcze bardziej wartościowa, wyjątkowa, wyczekana, wygrana.

A dziś, robię kolejną partię miodu, który pomoże nam zachować zdrowie.
Zbieramy maje razem. (Tak tutaj mówi się na te kwiaty). Patrzę na nie i się zachwycam. Chociaż potem długo muszę domywać swoje dłonie z żółtego koloru. Spieszę się, bo szybko zamieniają się w latawce i rozpływają wraz z wiatrem – skończywszy swoje zadanie na ziemi. Są dla niej darem, dla mnie też. Pozostaną ze mną, zamknięte w słoikach, dając swoją słodycz i dobre właściwości.

I ja też chcę kiedyś pozostać, na kartkach swoich opowieści. Zostawiając po sobie ślad.

Idę więc, napisać kolejne słowa. Choćby kilka, aż powstanie cała opowieść. Mam nadzieję, że już wkrótce. 🙂

Dobrej nocy! ❤️

Wielka Nadzieja

Na początku Wielkiego Postu, nie miałam pomysłu jak go przeżyć. Czego się podjąć, żeby był przeżyty głęboko, zbliżył mnie do Boga, rozmodlił, nauczył miłości.
Kilka dni później nie musiałam się już zastanawiać. Samo spadło na mnie jedno wyzwanie za drugim.

Podjęcie modlitwy o ustanie epidemii, wymagającej, codziennej. Czułam, że nie mam siły, nie wytrwam, równocześnie wiedziałam, że powinnam. Nie ma przecież innych Przyjaciół, z którymi tak bardzo intensywne mogłabym spędzić ten ciężki czas. Z którymi codzinnie mogłabym się spotykać i rozmawiać o tym, co teraz robić, jak żyć, jak pojmować, rozumieć i przyjmować to, co dzieje się wokół.
Musiałam stanąć na wysokości zadania, zacząć kochać zupełnie inaczej niż do tej pory, udźwignąć tęsknotę, czasami też samotność wywołaną izolacją. Zmierzyć się ze sobą, przezwyciężyć to, że nie powinnam widzieć się z bliskimi, ale w chwilach słabości pokusa bywa tak ogromna.
Wyzwań pojawiło się tyle, że momentami wymiękam, wątpię, opadam z sił. Przytłacza mnie to, że za mało robię w tym czasie dla innych, że nic nie robię. Ze strachu o siebie, nasze dzieci, rodzinę.

Cały czas, w każdej tej sytuacji, od początku Tego Wielkiego Postu, wielkiego zamieszania i wielkiej zmiany naszego sposobu życia, On jest największą siłą.
Tak jak dla Izraelitów na pustyni, jak na Golgocie. Spojrzenie na Niego, jest zbawiennie, pomocne, podnoszące. Bo krzyż to nie tylko cierpienie i śmierć, to przede wszystkim Miłość, oddanie, przyjaźń, zrozumienie i pragnienie Nieba – dla drugiego człowieka.

On nas rozumie

Bardzo lubię dzisiejsze Słowo. Jest głęboko przejmujące, prawdziwe, smutne. Kiedy go słucham, mam takie poczucie, że mimo, iż opowiada ono o czymś okrutnym i starszym, to muszę go wysłuchać. Przebrnąć z ciarkami na plecach i zaciśniętymi zębami, przez opis strasznej męki, żeby móc cieszyć się tym, co będzie działo się później.
Konieczne jest przeżywanie tych wszystkich strasznych rzeczy, żeby móc zobaczyć światło, kiedy Jezus wyjdzie za kilka dni cały i piękny z grobu.

My też często doświadczamy złych dni, głębokich dołków, sytuacji – mogło by się wydawać – bez wyjścia. Myślę, że warto wtedy wrócić myślami do historii Jezusa i spojrzeć na swoją, w zupełnie innym świetle.
Wiem, że to ciężkie i skomplikowane, ale te fakty, to dowód na to, że nawet z najgorszego zła, może urodzić sie – a raczej zmartwychwstać – Dobro.

Dziś całkowicie dziwna Niedziela Palmowa, niejako pasująca do paradoksu wydarzeń z Ewangelii. Jest radość, Pan Jezus wjeżdża do Jerozolimy, wszyscy tak bardzo się cieszą. Są to zdarzenia poprzedzające coś strasznego, po czym nadejdzie nieopisana radość i życie dla każdego z nas.

Ja też chcę się dziś cieszyć i kłaść swoją palmę. Ciężko jednak oderwać świadomość od tego, że dookoła na całym świecie rozbestwila się ostatnio śmierć, samotność, smutek i cierpienie. Wtedy właśnie podejdźmy do Jezusa, który jadąc na osiołku doskonale wie, co czeka go w tym miejscu, tak samo, jak zna naszą sytuację. Czuje nasze strach, zwątpienie, niepewność. Nasze i swoje. Bo te uczucia i obawy są takie same. Dlatego właśnie nasz Bóg tak dobrze nas rozumie i Jest z nami bardziej autentycznie, niż możemy sobie wyobrazić.

„Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?

Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą,
wykrzywiają wargi i potrząsają głowami:
„Zaufał Panu, niech go Pan wyzwoli,
niech go ocali, jeśli go miłuje”.

Sfora psów mnie opadła,
otoczyła mnie zgraja złoczyńców
Przebodli moje ręce i nogi,
policzyć mogę wszystkie moje kości”.

Pytania z Drogi

Ojciec Adam Szustak podczas cudownej Drogi Krzyżowej, zadał sobie i nam konkretne pytania. Podsunął trudne, ale piękne przemyślenia. Każde z nich, odpowiadające właściwej stacji Drogi:

1.Kogo oczerniłam niezgodnie z prawdą…
2. Kogo mogę nosić ( jego trudy, krzyż, emocje, smutki).
3. Kto upadł przeze mnie, spowodowałem u kogoś grzech, utwierdzałem go w grzechu, zgorszylem kogoś – to uczynić kogoś gorszym. Co zrobić, żeby ktoś nie upadał przeze mnie.
4. Pomyśl o swoich rodzicach –
Jak ich wesprzeć, wspomóc, okazać więcej miłości, niech będą celem naszej troski.
5. Komu i gdzie możesz konkretnie pomóc?
6. Pomyśl o kimś kto źle o sobie myśli, pomóż mu odnaleźć jego prawdziwe oblicze – podziękuj Pani w sklepie, że jest, że pracuje, że możesz kupić chleb.
7. Pomyśl o kimś kto zaznał zła od innych, mimo, że to nie Twoja wina, czy coś zrobiłeś?
8. Pomyśl o kimś, kogo możesz pocieszyć. Chociażby towarzyszeniem, otarciem łez.
9. Pomyśl o kimś, kogo mógłbyś z miłością upomnieć.
10. Pomyśl o kimś kogo się wstydzisz. Tacy ludzie wiedzą o tym, że się ich wstydzimy. Pomyśl o konkretnej osobie i okaż jej miłość.
11. Pomyśl o kimś, kogo unieruchomiłeś, zabrałeś nadzieję, unieruchomiłeś serce, zrobiłeś świństwo, komu przybiłeś ręce do krzyża?
12. Pomyśl o tych, którzy odeszli, czy ich kochałeś, czy o nich myślisz? Modlisz się za nich?
13. Pomyśl o trudnych sytuacjach od których uciekłeś, gdzie się wycofałeś w bezsilność, czy prosisz Boga o pomoc? A innych ludzi?
14. Gdzie jesteś egoistą, nie chcesz się czymś dzielić z innymi? Nawet jeśli wiesz, że to mogłoby komuś pomóc.

Myślę, że to wspaniałe przemyślenia nie tylko na ten piątek. Nie na dziś, ale na każdy dzień. Codzinnie szukajmy odpowiedzi. Już samo szukanie uczyni nas ludźmi pełnymi miłości, a jakie ogromnie piękne mogą być owoce, jeśli już te odpowiedzi zaczniemy odnajdywać… 🙂

Chyba nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić.

Pełnego miłości wieczoru Kochani! 🙂

Dziwny ten czas

Kolejny dzień w dziwnym świecie.
Każdy z nas znów musi zmierzyć się z wirusem, swoim strachem, brakiem sił, zwątpieniem, izolacją i stawić czoła wyzwaniom jakie rzuca nam – dziś.

Codziennie uczymy się radzić sobie z tym wszystkim. Znajdujemy kolejne inspiracje. Odkrywamy rzeczy, które nas relaksują, zauważamy małe szczegóły, które wcześniej całkiem nie miały dla nas znaczenia, a teraz przynoszą radość.

Zaczęłam na codzień używać moich ulubionych perfum, które wcześniej trzymałam na specjalną okazję. Cieszę się ich zapachem, kiedy odkurzam, gotuję, bawię się z dziećmi, czy witam męża. 😉
Bo to przecież my mamy mieć przyjemność z ich używania. Dotarło do mnie, że ta specjalna okazja może przecież nie nadejść i chociaż brzmi to przygnębiająco, to tak jest. W czasie kiedy my sterujemy swoim życiem i nie kieruję nami coś potężniejszego, zwyczajnie to bagatelizujemy. Bo nie mogę powiedzieć, że zapominamy. Zdajemy sobie z tego sprawę bardzo dobrze, ale zagłuszamy tę prawdę o naszym przemijaniu.

Doceniam ilość chwil we czwórkę, których wcześniej nie mieliśmy aż tyle.
Cieszę się odkrywaniem na nowo siebie nawzajem.
Modlimy się więcej i jakoś tak szczerzej.
Wielbimy tak po prostu, w przypadkowym momencie dnia, oczywiście z zespołem Owca, co daje nam nadzieję i ukojenie.

Polecam Wam szukać radości, w każdym możliwym zakątku Waszego codziennego życia. 🙂

Nasz salon ostatnio pełni rozmaite funkcje. Raz jest salą fitness, innym razem kościołem, żeby za chwilę zamienić się w plac zabaw lub pokój wirtualnego spotkania z bliskimi.

Nigdy nie sądziłam, że będę mogła przeżywać to i owo, własnie pod naszym dachem, co w tym przygnębiającym czasie sprawia, że nasz dom jest jeszcze bardziej wyjątkowy.

Pytania bez odpowiedzi

Nie wiem czy postępuję dobrze.
Czy kieruje mną miłość, czy strach.
A może jedno i drugie?

Pewnie gdybyśmy wiedzieli dwa tygodnie temu, to co wiemy teraz, zdecydowalibyśmy inaczej.

Chociaż… Wciąż wiemy tak mało.

Przesadzam wybierając tęsknotę, czy staję na wysokości zadania w ochronie siebie i bliskich…
Czy zaciskając zęby i oglądając tych których kocham tylko na ekranie komórki, okazuję nieczułość, czy wręcz przeciwnie…
Dlaczego tak ciężko wytrwać w swoim postanowieniu, które wydaje się najlepsze, gdy pokusy zaryzykowania są tak ogromne.

Gdyby tylko to ryzyko nie dotyczyło szali balansującej między życiem a śmiercią…

Do jakiego momentu jest jeszcze troska, a od którego już panika…
I czy w ogóle można przesadzić że strachem o bliskich?

Dlaczego ta sama sytuacja u jednych budzi odpowiedzialność, a u innych ironię…
Dlaczego zrozumienie ma tyle obliczy, ile jest ludzi…

I czy obawę, można oskarżyć o to, że jest odrzuceniem…

„Mów do mnie Panie, chcę słyszeć Cię.
Przyjąć od Ciebie, co masz dla mnie.
Nie chcę się chować, lecz w Tobie skryć.
W cieniu Twych skrzydeł chcę iść”.