Pozory mylą.

Nigdy nie przepadałam za różańcem. Zresztą, tak samo jak za innymi ułożonymi, wyuczonymi i powtarzanymi w kółko modlitwami. Po prawie trzydziestu latach życia, okazało się, że podobnie jak w innych sprawach życiowych, – myliłam się w swoich poglądach.

Modlitwa mimo nudy.

Moje życie jakoś tak się ułożyło, że pewnego dnia zaczęłam codziennie odmawiać różaniec. I to po trzy razy dziennie. Na początku było to machinalne „klepanie” Zdrowasiek, któremu bardzo często towarzyszyły niechęć i znudzenie. Uparcie trwałam jednak w postanowieniu. Nie chodzi nawet o to, że nie lubię przegrywać. Są takie rzeczy, których się podejmuję i nie potrafię przerwać ich realizowania, dopóki nie osiągnę celu. Myśl o tym, że powinnam dać z siebie wszystko i zawalczyć, nie odstępuje mnie na krok i ciągle przypomina o tym, żebym się nie wycofywała.
Nie mówię tylko o modlitwie. Takie poczucie towarzyszy mi zazwyczaj wtedy, kiedy podejmuję próbę osiągnięcia czegoś ważnego . Walczyłam więc, by dokończyć każde zaczęte Zdrowaś Mario. Z czasem zaczęłam skupiać się nie na wypowiadanych słowach, ale na wydarzeniach, które miały miejsce dwa tysiące lat temu, a które wspominamy podczas odmawiania różańca.
Po 54 dniach odmawiania Nowenny Pompejańskiej, miałam już troszeczkę inne zdanie na temat tych pozornie nudnych Zdrowasiek. Zaczęło mi nawet brakować codziennej modlitwy na tak dużą dla mnie skale. Trzy różańce rozłożone na cały dzień sprawiały, że odmawiałam je niejako przez cały czas. Tworzyły one jakby tło do mojej codzienności, wykonywanych obowiązków i zwykłych czynności codzienności.

Jesteśmy jak członkowie świętej rodziny.

Po jakimś czasie znów zaczęłam odmawiać różaniec, później kolejny, teraz też jestem w trakcie odmawiania Nowenny. Nie jest ona już dla mnie nudną modlitwą, przynajmniej nie zawsze, bo oczywiście zdarzają się dni, kiedy nie widzę w mojej modlitwie żadnego sensu, a zmuszać muszę się do niej ogromnie mocno. Jest takich dni bardzo dużo. Są jednak i te, kiedy dosłownie żyję ICH życiem. Maryja, Józef i Jezus. Ta trójka była jak ja. Jak mój mąż. Jak nasze dzieci.

Ja też nieraz jechałam na osiołku, pełna obaw, lęku i ukrytej radości. Tyle razy nie rozumiałam swojej dogi, zdając się jedynie na Jego prowadzenie. Ja tez bałam się o swoje dziecko. Nieraz rozważam coś w skrytości serca, nie dając o tym poznać otoczeniu.
Jak często Maryja, nie była obecna przy swoim dziecku, kiedy działy się rzeczy ważne? Przecież nie było jej w wieczerniku, na Górze Tabor także. Może dowiadywała się wszystkiego od sąsiadów?
Oddając się posłudze w domu, gotując obiad czy zamiatając, nagle słyszała pukanie do drzwi, a za nimi ukazywał się przybysz z informacjami dotyczącymi jej syna.
Co robiła Maryja, kiedy Jezus przyjmował Chrzest, albo wtedy, kiedy Go pojmali?

Zmagała się z życiem tak samo, jak każdy z nas. Była na ziemi kobietą, żoną, mamą.

A Józef? Przyszła do niego ukochana, mówiąc, że jest w ciąży i nosi w sobie dziecko Boga. Na pewno nie było mu łatwo przyjąć taką informację i podjąć decyzję co dalej robić. Musiał przekonywać sam siebie, bić się z myślami i czuć ogromną niepewność. Analizować każdą z możliwości i nie wiedzieć co zrobić.

Każde z nich, stawiało czoła codzienności i wyzwaniom. Jakby się tak zastanowić, to można dojść do wniosku, że mieli dużo bardziej ciężko ze swoja sytuacją niż niejeden z nas. W tamtych czasach, z tamtejszym prawem. Od początku groziła im śmierć. Najpierw jako kara za ciążę Maryi, później kiedy uciekali przed Herodem i wtedy, kiedy Faryzeusze czyhali na życie Jezusa.

Różaniec jest podróżą.

Właśnie tym jest różaniec. Podróżą w przeszłość. Towarzyszeniem Tej rodzinie w jej życiu. Nie klepaniem słów bez znaczenia.
Jest też rozmyślaniem i zastanawianiem się, co Jezus miał na myśli wypowiadając niektóre słowa.
Na przykład: „ W domu Ojca mojego jest mieszkań wiele, idę przygotować wam miejsce”.
Czy wyobrażacie sobie Pana Jezusa w gumowych rękawiczkach czyszczącego zlew, albo zamiatającego mieszkania w Niebie? 🙂
Rożaniec absolutnie nie jest nudny. Dziś już to wiem. Odkrycie bogactw jakie kryją za sobą paciorki tej modlitwy, zajęło mi bardzo dużo czasu. Tak samo jak poznawanie innych życiowych prawd, o których każdy z nas musi przekonać się sam. Ale czyż nie na tym właśnie polega życie? Na pokonywaniu swoich niechęci i uprzedzeń, żeby zobaczyć prawdę, przed którą bardzo często się bronimy. Nie dlatego, że się jej boimy, ale dlatego, że jesteśmy okropnie uparci.

Obyśmy uczyli się pokory w poznawaniu świata, bo tylko dzięki niej, poznamy go lepiej.

W Niebie nie ma małżeństw?

 

Odkąd jesteś żoną, ta informacja napawała mnie smutkiem. Jak to? Będę musiała rozstać się z mężem? Przestań kochać? Zacząć tęsknić? Opuścić? Zostać porzuconą?
Przecież żadna z tych czynności nie jest dobra. Nie może być Niebem.

Mój mąż mówi, że to nieprawda. Chodzi o to, że kiedy przejdziemy na drugą stronę, poznamy taką Miłość, jakiej nawet sobie nie wyobrażamy. Będziemy tak zjednoczeni i tak sobie bliscy, że małżeństwo przy tym, to drobnostka. – Nie będzie już potrzeby, żeby istniało.

Jezus mówi dziś, że małżeństwo jest potrzebne tylko do momentu, aż możemy umrzeć. – Ojciec Szustak tłumaczy, że wynika to z prawdy, iż małżonkowie potrzebują się nawzajem do tego, żeby napędzać się do wzrastania. Pobudzać się do życia, nie dać drugiej osobie „umrzeć”.

Mówi, że nie małżeństwo przestanie istnieć, ale właśnie to jego podstawowe zadanie.

Nie będziemy musieli już walczyć ze sobą, przeciwnościami losu, swoimi słabościami. Zatem, nie będziemy potrzebować w tej walce towarzysza, który będzie nam pomagał.

Tam będzie tylko Życie, my będziemy Życiem. Na zawsze.

Nie obrażaj się znów na Boga.

Słysząc słowo Kościół, bardzo dużo ludzi kojarzy go ze zdobnymi świątyniami, przepychem i zabytkami, które zresztą są często  przedmiotem złości ludzi. Bo przecież religia katolicka uczy, żeby być ubogim w duchu, składać jałmużnę i oddawać, to co drogie. Innym, Kościół kojarzy się z instytucją, na czele której stoi w większości przypadków kilku mniej lub bardziej zacnych księży, nieudolnie kierujących powierzonym im okrętem.

Dlatego ciągle zapominamy, że Kościół to ludzie?

Kościół to ta dziewczyna stojąca na przystanku, z wielkimi słuchawkami na uszach. Facet, który właśnie uczy się jeździć samochodem w E – lce przed nami. Kościołem jest też kobieta niosąca wypchane siaty z Biedronki. Jest nim nasz przyjaciel, z którym tak często próbujemy (się) zrozumieć . Nasza rodzina (wraz )ze swoimi dobrymi i złymi chwilami – to też Kościół. Wreszcie i my sami. Ja jestem Kościołem.

Wielbienie.

Od soboty internet zalewają różnego rodzaju relacje z Wielbienia w Krakowskim Tauronie. Tam właśnie zebrali się między innymi ci wszyscy ludzie, których wcześniej wymieniłam. Na czele kilkudziesięciu tysięcy ludzi, stanęli Ojcowie  Dominikanie. Ojciec Szustak, który także jest kościołem. Ojciec Nowak – on również. Dziewczyny śpiewające i muzycy grający w zespole Owca. – Oni, to także Kościół.
Ktoś bardzo trafnie napisał, że właśnie w Tauron Arenie zobaczył „żywy Kościół”.
Każdy z nas tam obecnych – żyje. I chociaż tam daliśmy upust swoim emocjom, pozwoliliśmy bez granic ponieść się i poprowadzić łasce, to na co dzień, samodzielnie, też chwalimy Boga. Każdego dnia się modlimy, może mniej spektakularnie, ale robimy to. Dajemy świadectwa, niesiemy Jego radość, a w ciężkich chwilach dzielimy się Nim jak tylko umiemy z tymi, którzy znaleźli się w dołku lub na rozstaju. Staramy się przekazać coś z Góry. Korzystając z nauk samego Jezusa, tłumaczeń Jego słów przez Ojca Adama czy innych kaznodziejów.

Smutny Kościół.

Wiem, że to co opisuje brzmi bardzo utopijnie i sielankowo. I tak jest, ale oczywiście nie w stu procentach. W Tauronie było ponad szesnaście tysięcy ludzi. Byli wśród nich  szczęśliwi, pogodzeni ze sobą i ufający Bogu. Oni jednak, zmieszali się z tymi, którzy wątpią. Pogubili się w swoim życiu i relacji z Nim. Obok tych uniesionych miłością, stali ci przygnieceni żalem. Obok mojej  – skaczącej i totalnie fałszującej duszy, była ta cicha i zamknięta. Obrażona na Boga. Oczywiście zupełnie niesłusznie. Piszę o tym w swojej książce, sama tego doświadczyłam i nie jeden raz widziałam u otaczających mnie osób: to nie Bóg jest winny naszym porażką. Nam jest bardzo łatwo zrzucić na Niego całą winę. Dlatego, że dużo trudniej jest zobaczyć swoją “belkę w oku”.

Uciekać jest najłatwiej, ale to nie prowadzi nas do szczęścia.

Po ludzku czasami tak jest najprościej. Natomiast wszystko zależy od tego, w jakiej sytuacji życiowej się znajdujemy. Jaką mamy aktualnie relację z Jezusem.

Jedni w ciężkich chwilach, takich, które wydają się całkiem stracone, uciekną właśnie w Jego ramiona. Będą krzyczeć coraz więcej i coraz głośniej w stronę Nieba. Zabiegać o towarzystwo Boga, bo tylko ono da im nadzieję i ukojenie we wszystkich brakach, jakie ich dotykają.

Drudzy wolą się odwrócić. Nie tylko zrezygnować z przyjaźni, ale też obarczyć winą. Nakrzyczeć z wyrzutem i zamknąć się w sobie. Nie chcieć korzystać z pomocy nieustannie wyciągniętej/wyciąganej do nas ręki. Tylko, że odchodząc od Niego, odchodzimy od wszystkiego, czego pragniemy: od Źródła.  Nie dlatego, że On może nam to dać lub nie, ale dlatego, że w Nim są wszystkie najwspanialsze rzeczy, które dają nam szczęście. Miłość, wiara, nadzieja, spełnienie, bycie kochanym mimo wszystko. Bezcenne poczucie tego, że podąża się właściwą drogą i wypełnia swoją misję. Może aktualnie nie jest to takie ważne, ale w końcu przyjdzie każdemu stanąć u kresu swojego życia i wtedy będzie to dla nas najważniejsze. – Jak ja właściwie tu doszedłem i co zrobiłem, co po sobie zostawię?

Dokąd zmierzam?

Nadchodzi taki moment, że się tacy ludzie zatrzymują i mają dość obrażania. Dociera do nich, że chyba jednak Bóg nie jest winny. Może nie jest jeszcze to ten etap, że znajdują winę w sobie, ale zaczynają dopuszczać możliwość, że Niebo jednak jest niewinne. Wtedy zaczynają się otwierać i prowadzeni łaską, idą tam gdzie powinni. Udając się na przykład na Wielbienie do Areny. Gdzie sam  sam Bóg mowi do nich, że całuje ich rany, że są czyści i nieskazitelni. Podnosi ich i zapewnia o swojej bezgranicznej miłości. Mówi, że zatapia się w ich  imionach i sercach, przebijając się do najbardziej głębokich pokładów ich beznadziejności.

I oni tego wszystkiego doświadczją.

Oczywiście słowa te wypowiadają Ojciec Adam i Tomasz, ale serce wie, że to Bóg się nimi posługuje. Nie da się tego nie usłyszeć, nie poczuć.

Tak samo stanie się, kiedy owi ludzie przekroczą próg kościoła, uklękną przy konfesjonale, zapatrzą się w Najświętszy Sakrament, posłuchają Ducha Świętego w drugim człowieku.

Bóg nie jest złośliwy.

Kilka razy w życiu byłam na pieszych pielgrzymkach, Mszach o uzdrowienie, uwielbieniach. Po gorącej modlitwie wydobywającej się z setek serc, litrach łez wylanych przeze mnie i tych będących obok. Po tym jak widziałam bijące serca, składające się w jedno wielkie serce. Po przeżytych oczyszczeniach i zawrotach duszy. Po usłyszanej prawdzie, która nagle zrzucała klapki z oczu. Po doświadczeniu uczucia, którego nie da się opisać słowami, dotykającego samej mojej istoty, zapewniającego o tym, że ON JEST DOBRY. Najlepszy we wszechświecie. – Nie uwierzę! Nie zgodzę się! Nie poczuję! – Że On NIE CHCE nam czegoś dać!

Bóg niczego innego nie pragnie. Nie siedzi i nie wymyśla, komu coś dać, a komu jednak nie. Bóg cały czas, nieustannie na nas czeka, w swojej powalającej cichości i pokorze, przyjmując od nas fochy i policzki.

To my musimy chcieć do Niego wołać, przychodzić i przede wszystkim zaufać. Pokochać. Oddać Mu siebie. Zaangażować się i dać coś od siebie, jak w każdej normalnej relacji. Nie nastawiać się tylko na branie, ale także na dawanie, przede wszystkim swojej uwagi i czasu. I nie obrażać się…

Mogłabym się zakochać.

Gdyby taka była cała jesień, to bym ją pokochała.

I tak sobie myślę, że chyba za dużo oczekujemy od życia, świata, ziemi. Ciągle na coś czekamy. Marudzimy i zawsze, zawsze – znajdzie się jakieś ALE.

Bylibyśmy tacy szczęśliwi, ciesząc się z tego, co nas otacza. Raduje swoim pięknem. Moglibyśmy być najszczęśliwsi na świecie, dostrzegając łaskawość losu. Widząc Boga choćby w łące pełnej żółtych kwiatów.

Nie musielibyśmy się tyle martwić, gdybyśmy nie skupiali się na tym, czego nam brakuje. Mogłabym zakochać się w jesieni, gdybym tylko nie obrażała się na Boga, że stworzył takie cztery pory roku, a nie inne.
Dałabym jej szansę, jeśli zmiana garderoby na grubszą, nie przysłaniałaby mi oczu na piękne kolory jesieni. Mogłabym zauważyć, że spadające liście nie tylko przypominają mi, że do lata muszę poczekać jeszcze 8 miesięcy – a ta myśl boli i zniechęca, ale że te liście tworzą dywan w wymiarze 5D. Szeleszczący, chrupiący pod butami, pachnący i do tego, całkowicie naturalny.

Ileż razy w życiu, skupiamy się na tym, co jeszcze musimy osiągnąć. Z jaką częstotliwością przejdzie nam przez myśli, że ktoś ma coś i my też może moglibyśmy to mieć?

I mogłabym to zrobić. Zakochać się, ale wolę się zamknąć na lepsze strony i skupić na gorszych. Katować się nimi i robić z siebie pokrzywdzoną przez wszechświat, bo marznie mi nos i palce.

Czyż nie codziennie, chociaż raz, ukłuje nas taka myśl, która wytyka jakieś braki?
Tylko, czy to jest prawdziwe? Czy nam naprawdę tego brakuje?

Ja na szczęście mam tak, że kiedy słyszę o stylu życia, przyjemnościach i uciechach innych, utwierdzam się w przekonaniu, że kocham swój sposób na życie. Ogarnia mnie wspaniałe poczucie szczęścia, kiedy kolejny raz, tak po prostu uświadamiam sobie jak dużo dostałam.

Są niestety i takie chwilę, że skupiam się na brakach. Zaczynam rozkminiać, że może powinna zrobić wszystko, żeby mieć więcej. Są sekundy, że myślę o tym, żeby porzucić drogę, którą obrałam, tylko po to, żeby zyskać rzeczy materialne, które nie mają żadnej wartości przy tym, co naprawdę na mnie ważne.

Wszystko przez nakręcanie się i zapominanie.
Zapominamy, że kochanie jest dobre. I nie tylko drugiego człowieka, chociaż oczywiście też. Ale moglibyśmy też kochać swoje życie, dużo bardziej niż to robimy. Choćby zakochując się właśnie w jesieni. W nieznośnych sąsiadach, braku Kinder Joy w sklepach, w swojej sytuacji materialnej. To takie absurdalne, próbować kochać coś, co spędza nam sen z oczu, ale tak. Miłość i szczęście często są przecież niezrozumiałe. Najczęściej dla innych.

Olać to.
To my mamy być szczęśliwi. My mamy kochać.
Właśnie wtedy, dając szansę światu, zyskamy ją dla siebie. Bo zobaczymy po jakimś czasie, że sytuacje, które nas dobijają, wcale nie są takie złe. Spostrzeżemy, że to tylko nasze podejście i wyobrażenie o nich, czyni je takimi strasznymi, a co najgorsze – aż tak bardzo wpływowymi na nasze samopoczucie, decyzję, – spokój.

Dziś zobaczyłam, że mogę znów się zakochać. Inaczej niż do tej pory. Mogę kochać kogoś innego niż moi bliscy i idee. Coś innego niż mój dom, moje zwierzęta i rośliny.

Właśnie w tych żółtych kwiatach to dostrzegłam. Dlatego, że ujrzałam w nich Boga, który mi powiedział, że zamykając się na to co mnie otacza i zamieniając w swojej głowie dobra spływające z każdej strony, na przekleństwa i kłody – zamykam się na łaski. Mówiąc bardziej egoistycznie – na korzyści.

Ale to właśnie one sprawiają, że czujemy się szczęśliwi. Zatem, jeśli ten nasz egoizm ma się przejawiać w tym, że otworzymy szeroko oczy, chcąc chłonąć to, co życie samo nam ofiaruję, to nie może on być zły.

Może właśnie takie zachowanie można nazwać mądrością?…
Pewnie opowiem Wam o tym za kilka lat, kiedy przekonam się o tym, zakochując się w jesieni. 😉

Kobieta płeć piękna – owszem. Słaba – nigdy w życiu.

Odnoszę wrażenie, że powszechnie panuje strach przed kobietami. Nie chodzi mi bynajmniej o obawę przed ich siłą, bo ta, została już praktycznie zapomniana i zepchnięta gdzieś bardzo nisko. Mówię o duchowej mocy, która potrafi sprawić, że kobieta potrafi dokonywać rzeczy – z pozoru – niemożliwych.
Kobietą jestem od zawsze, jednak na początku swojego życia, nie odczuwałam jakiejś poważnej różnicy między mną a mężczyznami. Wręcz przeciwnie, zawsze lepiej odnajdywałam się w męskim towarzystwie. Dużo bardziej interesowały mnie też męskie zajęcia i zabawy.
Później dorosłam, dojrzałam i chociaż do dziś dobrze dogaduje się z mężczyznami, to zaczęłam zauważać, że oni wcale nie doceniają kobiecej siły i zaangażowania. Następnie zostałam żoną i mamą dwójki dzieci. Wtedy zobaczyłam, że nie tylko męska część społeczeństwa jest „ostrożna” w zaufaniu kobiecie, na której spoczywa dużo obowiązków. Niestety młodzi ludzie, którzy są jakiś kawałek za mną na swojej życiowej drodze i dopiero ją zaczynają, również nie mają w sobie wiary w kobiece możliwości.
MOŻESZ WIECEJ.
Ja sama też kiedyś taka byłam. Miałam dwie prace, studia zaoczne i życie osobiste. Myślałam, że jestem bardzo zmęczona, że nie mam czasu na odpoczynek i relaks. Zdawało mi się, że więcej nie potrafiłabym już z siebie wykrzesać, że nie znalazłabym w sobie siły na kolejne obowiązki czy mniej godzin snu.
Nie znałam wtedy wartości swojej kobiecości. Nie miałam pojęcia, jakie pokłady siły we mnie drzemią. Nie docierało do mnie, jak wymyślił mnie sobie, jako kobietę Pan Bóg. Nigdy nikt mi nie powiedział, jak bogata jest moja kobieca duchowość i jakie wspaniałe daje mi ona możliwości.
Najpierw zaczęłam to odkrywać w codzienności. Nie od razu, ale z perspektywy czasu. Założyłam rodzinę, stałam się kapłanką domowego ogniska. Zaczęłam zmagać się z sytuacjami, które wcześniej nie miały miejsca. Stawiać czoła nowym wyzwaniom, które sprawiały, że robiłam się silniejsza i bogatsza. Niezależnie od tego, czy wygrana była po mojej stronie. Dawałam radę, szłam dalej. Wciąż byłam żoną.
Kiedy nadszedł czas na wzięcie udziału we wspaniałym cudzie stworzenia, zobaczyłam, że oto ja, potrafię stać się prawdziwym domem dla drugiego człowieka. Ja kobieta, umiałam oddać swoje ciało na kompletną służbę komuś, kto był wielkości owocu i całkowicie zaczął dyktować mi warunki. Już nie ja byłam ważna, moje życie od tej pory stało się zupełnie nieistotne. Teraz moim celem i przywilejem było chronić mój skarb, dla niego żyć i za niego odpowiadać. Punktem kulminacyjnym całej zmiany, było wydanie ukochanego dziecka na świat. Tego wyzwania podjęłam się jak na razie dwa razy.
I właśnie w tym czasie zaczęłam rozumieć, że do tego zostałam stworzona. Ja i każda kobieta. Przynajmniej z zamyśle naszego Boga. W teorii bardzo dobrze wyłożył mi to Ojciec Adam Szustak, w Projekcie Judyta.
Zrozumiałam, że to są naprawdę wymagające życiowe zadania. Zaczęłam dostrzegać, że to właśnie teraz odczuwam prawdziwe zmęczenie, chroniczne niewyspanie a przy tym muszę być aktywna 24 godziny na dobę. Stwierdziłam, że wcześniej przy dwóch etatach i nauce, miałam wspaniałe wakacje. I nie zrozumcie mnie źle, ja oczywiście nie trwierdzę, że obowiązki studentów i tych, którzy nie są rodzicami, są nieważne a tacy ludzie nie chodzą zmęczeni. Powtórzę jeszcze raz, ja też taka byłam. Kiedy jednak zostałam podwójną mamą, zobaczyłam jak bardzo się myliłam, twierdząc, że więcej nie dam rady.
Bo daje. Powiem więcej, robię to dużo lepiej niż wcześniej. Mimo wyrabiania trzystu procent normy ponad swoje siły, bardziej potrafię wszystko zaplanować, budzi się moja kreatywność i zdobywam swoje osobiste góry.
KAŻDA KOBIETA MA W SOBIE TAKĄ SIŁĘ.
Etap w życiu, który zaczyna się ciążą i zapomnieniem o swoich potrzebach, później funduje nam ból porównywalny do łamania kości podczas porodu, a następnie zapewnia ból piersi, uświadamia mi, jak jestem silna jako kobieta. Utwierdza mnie w tym przekonaniu fakt, że mimo zerowej możliwości na regeneracje po takich przeżyciach level hard, mamy siłę nie spać kilka lat, wstawać z energią i bawić się z naszymi dziećmi, a przy tym spełniać się jako zwykły człowiek. Dodatkowo, znów decydujemy się stać dla kogoś wszystkim. Kolejny raz zostać domem. Służyć do granic. Teraz już nie tylko nie Śpimy w nocy, ale czuwamy w łóżku naszego dziecka, a drugie rozrabiające w naszym brzuchu, nie daje nam nawet wygodnie usiąść. Po kilku godzinach przerywanego snu, od rana jesteśmy gotowe do działania. Dbamy o nasze dzieci, małżeństwo, dom. I daje nam to niesamowite szczęście. Mimowolnie się uśmiechamy i otaczamy wewnętrznym ciepłem. Ty, która jeszcze nie zostałaś mamą albo nigdy nia nie zostaniesz, też masz w sobie tę siłę. I musisz to wiedzieć.
TO TY SIĘ BOISZ, ŻE SOBIE NIE PORADZĘ, NIE JA.
Dlatego właśnie troszeczkę bolą nas ciosy zadawane przez tych, którzy uważają nas za zbyt słabe, żeby stawić czoła wyzwaniom zawodowym czy społecznym. Bardzo często kobieta – matka, nie dostaje szansy, ze względu na swoją życiową rolę. Paradoksalne jest to, że wszyscy dookoła boją się nam powierzyć ważne sprawy i zobowiązania, za to w nas nie ma ani nutki strachu. Jest chęć do działania, gotowość do pokonywania swoich granic i niesamowite pragnienie zrobienia czegoś dobrego.
Ale w tym tkwi nasza siła. Przyjmujemy te ciosy, przełykamy gorycz i żal, żeby po kilku minutach otrzepać kurz po upadku i wstać. I w sercu wiemy, że był to wielki błąd drugiej strony. Bo my zaczynamy się uśmiechać, wiedząc, że poradziłybyśmy sobie z zabraną nam szansą – i co ważniejsze – wiemy, że uda nam się to światu pokazać. Będziemy robić swoje, iść na przód i będziemy szczęśliwe, mimo świadomości, że ktoś nie docenił naszej siły. Bo wiemy, że jeszcze nieraz ją pokażemy, będąc do granic z siebie dumne.

Nie chcę.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim dzieciom, że mogą robić wszystko, czego tylko zapragną. Chcę, żeby wiedziały, że wszystko mogą w Tym, który ich umacnia.

Nie chcę, żeby ktoś kazał moim synom dorastać szybciej, niż jest to konieczne. Chcę, żeby zostali w swoim dziecięcym świecie tak długo, jak tylko to możliwe.

Nie chcę, żeby ktoś mówił im, że ich zachcianki są najważniejsze, ale żeby wiedzieli, że przy spełnianiu ich, nie mogą zapomnieć o dobru drugiego człowieka.

Nie chcę, żeby ktoś kalał serca moich dzieci tym, na co nie są gotowe. Chcę, żeby ich serca wzrastały w odwagę, miłość i piękno.

Nie chcę, żeby mówiono im, że nie muszą myśleć o sobie i innych. Chcę, żeby pamiętali, że zawsze potrzebny jest szacunek, wobec siebie i innych.

Nie chcę, żeby dowiadywali się tego, z czym nie będą mogli sobie poradzić. Chcę, żeby byli gotowi na informacje, jakie ma dla nich dorosły świat.

Nie chcę, żeby ktoś mówił im, że to jakimi zostaliśmy stworzeni, jest nieważne. Chcę, żeby wiedzieli, że mężczyzna jest najsilniejszy wtedy, kiedy potrafi nad sobą zapanować, a kobieta najpiękniejsza, gdy kocha i jest kochana.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim symom, że ta różnica jest nieważna. Chcę, żeby wiedzieli, że dzięki niej możemy wspaniale się ubogacać.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim synom, że najważniejszy jest egoizm. Chcę, żeby najpierw kochali.

Nie chcę, żeby mówiono im, że jeśli ktoś jest inny, to nic nie znaczy. Chcę, żeby wiedzieli, że ma to duże znaczenie i że można kochać i przyjmować to, jakimi ludzie są, w swojej odmienności.

Nie chcę zeby ktoś mówił im rzeczy, na które nie są gotowi. Chcę, żeby mieli niezaburzone emocje i uczucia, kiedy dorosną i pójdą swoją drogą.

Chcę, żeby byli bezpieczni w swojej wolności.
Żeby umieli dostrzegać Prawdę i według niej żyć.

Bóg nas wychowuje.

Dziś w drugim czytaniu, jest mowa o tym, że Bóg karci i chłoszcze tych, których kocha. To złe tłumaczenie. Występuje tam greckie słowo Paideia, czyli: wychowanie.

Tata nas nie tresuje, On się o nas troszczy. Chce naszego dobra, wyjścia na ludzi, pójścia wąską drogą, która doprowadzi nas do Spotkania z Nim. On ze wszystkim sił chce, żebyśmy zatopili się z Nim w uścisku pełnym miłości. 🙂 <3
Myślę, że On nie wyobraża sobie, że do tego uscisku i spotkania, może nie dość. Dlatego pokazuję nam prawidłową ścieżkę i mocno trzyma kciuki, żebyśmy poleźli w Jego stronę. 🙂

To tak samo, jak ja, nie mogę sobie wyobrazić, że nie przytulę swoich dzieci na koniec każdego dnia. <3
Że nie wrócą do domu, po swoim wędrowaniu. Że na koniec, nie będziemy razem.
To takie niesamowite, że Bóg jest Bogiem Wszechmogącym, a tęskni za człowiekiem. Że czeka na nas w Swoim Niebie i nie może się doczekać, kiedy stanie się Ono również naszym.
Zadziwiający jest ten nasz Bóg. Tata.
Stworzył nas z czystej miłości, wcale nas nie potrzebował. A później dał nam wszystko, co tylko mógł. Łącznie ze swoim własnym życiem.
To miłość mu kazała, miłość go o to prosiła, miłość to sprawiła.
Ta sama miłość wylewa się z Niego, na swoje dzieci.
On nas nie każe. On nas kocha.

Dzięki Ci Ojcze Adamie, za Twoje tłumaczenie mi SŁOWA!

Zaglądnijcie na Langusta na palmie!
Posłuchajcie. 🙂 <3

Tak jak Maryja.

Maryja od pewnego czasu jest moją Przyjaciółką. Nieraz zapraszała mnie na kawę z dziesiątką różańca, spotkanie na mieście z Nowenną Pompejańską albo obiad z możliwością wpatrywania się w Jej cudowne, pełne oczy. Długo nie znajdywałam czasu. Zawsze było coś ważniejszego. Praca, studia, obowiązki.

Dopiero kiedy zostałam mamą i paradoksalnie czasu miałam jeszcze mniej, skorzystałam z zaproszenia. Dziś nie żałuję, że znalazłam dla Niej czas, bo dzięki temu, że spotkałam Maryję, zrozumiałam, iż tylko dzięki bliskości z nią, mogę próbować uczyć się ją naśladować, a przez to być dobrą. – Żoną, mamą, kobietą.

Dzięki różańcowi nieraz cofam się w czasie i biorę udział w wydarzeniach, które tak dzielnie przyjmowała i głęboko przeżywała Maryja.

Wspominam o Niej, ponieważ dziś jest Święto Jej Wniebowzięcia.
Była tak wspaniałą, że nawet Bóg nie mogł się Jej doczekać i zabrał od razu, prosto do siebie. Tak jak stała. 😉

To od niej chcę się uczyć być kobietą, córką Boga.

Chcę choć w malutkim okruchu, być Jej podobną w cierpliwości, łagodności i ufności.

Duchowej siły na co dzień dodaje mi Maryja.
Życiowej energii yerba. 🙂
Wsparcie Maryi w połączeniu z ziemskimi sposobami na niewyspanie, daje porządne efekty. 🙂

Udanego Świętowania! 🙂

To ja.

Nie jest dobrze, kiedy ktoś chce kierować twoim życiem. Nieustannie daje ci wskazówki, których nie chcesz. O które nie prosisz.

Nie jest dobrze. Kiedy nie czujesz komfortu na swoim własnym podwórku, przed domem, który starasz się zbudować z tymi, którzy czują tak jak ty.

Nie jest dobrze, kiedy ktoś cię ogranicza. Próbuje przełożyć na twoje życie, swój spóźniony na nie pomysł. Dlatego, że nie ma już możliwość sam go zrealizować.

Dobrze jest wtedy, kiedy w takich momentach, zawalczysz o sobie.
Mimo tego, że nieraz musisz zrobić to bardzo często. Kilka razy dziennie, dwa razy w tygodniu. Miesiącami. Latami. Ciągle.

Mimo, że przez poczucie bezradności i zmęczenia, chciałbyś już odpuścić.
Nie!

Powinieneś za każdym razem, z cierpliwością lub bez, w kółko powtarzać to samo:

” Bo ty jesteś ty, a ja jestem ja!”

Walcz o swoje życie. O jego spełnienie. Rób tak, jak dyktuje ci twoje wnętrze. Pytaj przede wszystkim Boga, co myśli na temat twojej koncepcji na przeżywanie czasu tutaj.

Wiem, że ciężko jest się nie przejmować, ale zrób to tylko przez chwilę. Posłuchaj Ojca Szustaka:

„Opłacz to, wykrzycz to, a później weź się w garść, stań na nogi i zacznij żyć. Możesz żyć tak szczęśliwie, że głowa mała.”

I ja wiem, że ciągła walka z wiatrakami męczy a nieustanne opłakiwanie doprowadza do szału. I chociaż to brzmi banalnie, to powiem Wam z własnego doświadczenia, że spokój i przebaczenie w takich sytuacjach: uwalnia!

Zatem, bierzcie głęboki oddech za każdym razem, kiedy ktoś wpycha swoje buciory na waszą drogę i poprzez małe – wielkie czyny, powtarzane raz po raz, róbcie swoje!

Stawajcie się lepsi. Bo nie jest ważne jak patrzy na was ktoś obok. O nie. Ważne jest, czy wy możecie spojrzeć sobie prosto w oczy. Bez jakiegokolwiek zwątpienia i poczucia winy.
Patrzcie w lustro codziennie rano, w swoje szczere, dopiero co obudzone oblicza i jeśli coś wam w nich nie pasuje, to cały dzień róbcie tak, żeby to zmienić. Wieczorem znów spójrzcie w lustro, tym razem w zadbane, ale zmęczone twarze. Jeśli jest choć troszkę lepiej niż rano, to wygraliście!

Tak, jesteście zwycięzcami. Wygraliście ten dzień waszego życia. A nie wiem jak u was, ale mój każdy dzień jest cholernie cenny.
To jesteś TY!
To jest TWOJE życie.
To TWOJE cele, marzenia i potrzeby.
Nie DAJ sobie ich ukraść i zakopać, bo już nigdy możesz ich nie odnaleźć.

Każdemu kogo spotykasz mów: STOP! To JA, to moje ZAUFANIE i SYMPATIA, którymi cię obdarzam, tak po prostu, od razu, wystawiając się na dobre i złe konsekwencje.

Ale spójrz, to moje warunki: nie będziesz próbował mnie zmieniać.

Dlaczego wciąż ( mimo wszystko) jestem w Kościele?

Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: Nie mam w zwyczaju zostawiać kogoś, kogo kocham. O to właśnie chodzi w miłości, tej prawdziwej przed duże M.
Jestem w Kościele, ponieważ spotkałam kiedyś Jezusa. Tak po prostu. Wyruszałam codziennie z domu o świcie, jak większość ludzi, aby wykonywać swoje obowiązki. Wypełniałam zadania, przemieszczałam się z punku A do punktu B. Chodziłam do kościoła, szkoły i na spotkania towarzyskie. Miałam serce pełne nadziei i zapału. Żadnych konkretnych jeszcze planów na życie, ale z pewnością ogromną pasję i chęć prawdziwego przeżycia czasu, jaki tutaj został mi dany.
Miałam przeświadczenie, że cały świat stoi przede mną otworem oraz, że na pewno czeka mnie ciekawa i wspaniała droga. Nie wiedziałam wtedy, że jest to genialne, a zarazem trudne do spełnienia marzenie. Żeby wyruszyć w tę moją drogę, muszę tak naprawdę – świadomie i z miłością, zabrać ze sobą kogoś, kto będzie szedł ze mną, bez względu na wszystko, ramię w ramię.
Pewnego dnia zobaczyłam Jezusa na ulicy. Rzuciliśmy sobie spojrzenia, On jakby czekał na mnie już od dłuższego czasu. Ja być może mijałam Go wcześniej w codziennym pędzie, ale nigdy nie spojrzałam Mu głęboko w oczy. Zrobiłam to dopiero w tamtej chwili. Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, zaczęliśmy się poznawać, rozmawiać i kochać. Przez cały ten czas idziemy razem moją drogą, to ogromne szczęście, że nie jestem w podróży życia sama.
Jezus pokazał mi, co to znaczy obdarzyć kogoś zaufaniem i uczuciem. Dzięki Niemu wiem, że Miłość to nie tylko dobre chwile, w których wszystko idzie po naszej myśli i z powodzeniem się udaje. Zobaczyłam to w Jego postawie i zachowaniu, kiedy nie zostawił mnie, ani na chwilę – gdy ja w Niego wątpiłam. Nie odwrócił ode mnie wzroku nawet wtedy, kiedy strzelałam na Niego focha i chciałam z nas zrezygnować – w chwilach ludzkiej słabości. Właśnie w tych najgorszych moich obliczach, które specjalnie Mu pokazywałam, aby zobaczył wielkość mojej złości i rozgoryczenia – On widział moje piękno. A co najważniejsze, zawsze dawał, daje i będzie dawał mi szansę, bo nie przestaje we mnie wierzyć.
Jakże, więc ja, mogłabym odwrócić się od Niego, ze względu na gorsze czy lepsze momenty w Kościele? Miałabym przestać wierzyć w Jego Miłość i dobro… Kiedy czuję zawód z powodu zachowań Kościoła, to wstydzę się za ludzi. Nie za mojego Boga. Kościół, jaki stworzył i zostawił nam Jezus, jest żywy i cudowny, pełny Ducha Świętego. Ja wciąż to widzę i czuję. Dlatego nie zostawię Kościoła, mojej wspólnoty, bo w samym jego środku jest mój Sens. Miłość, która nie opuszcza.