Jestem.

Jestem.

Wciąż próbując pokochać jesień. Starając się docenić jej uroki i dary. Równocześnie do bólu zdając sobie sprawę z tego, że mi to po prostu nie wychodzi.
Jak ona prawdziwie obrazuje trudną miłość. Taką wymagającą. Prawdziwą.
Jesień uświadamia mi, jak mało mogę sama z siebie. Jak my ludzie jesteśmy prości i słabi. Kiedy tylko coś jest nie po naszej myśli, tak łatwo poddajemy się zniechęceniu i złemu nastrojowi. Wszystko w koło przybiera ponure barwy, tak widzimy otoczenie i tak samo zaczyna dziać się w nas. W środku robi się szaro. Okropnie chcemy to zmienić, zawalczyć, ale przytłacza nas ta ponurość.

Spędzamy czas na narzekaniu.
Widzimy tylko minusy i gorsze strony i to  przysłania nam piękno. Tracimy czas na  tęsknotę i smutek. Na wyczekiwanie czegoś co się skończyło, a my tak bardzo chcemy, żeby wróciło. I zamiast doceniać, żałujemy.

Wtedy każdy dzień przemija, ale nieprzeżyty tak, jak powinien. Niedostrzeżony, cieszący, lśniący i w pełni satysfakcjonujący.

A to zaledwie początek, kilka pierwszych dni.  Czy warto skupiać się na chłodzie i ciemności?

Pewnie, że nie. I ja to wiem. I w tej całej beznadziei, to właśnie jest ten promień światła. – Że ja naprawdę, każdego dnia próbuję. Staram się i bardzo chcę – pokochać. Nie tylko to, co łatwo daje się przyjąć, ale przede wszystkim to, czego z początki nie potrafimy chociaż zaakceptować.

Pożegnałam lato ze wszystkimi jego urokami, wspomnieniami i sprzyjającymi okolicznościami. Nie chcę o nim zapomnieć, ale nie chcę też być więźniem jego uroku. Chcę być szczęśliwa z uczuciem jakie do niego żywię.

Bo na tym polega wolność.

Pożegnanie lata

Żegnam Cię lato. Choć nie odchodzisz jeszcze na dobre, to już coraz głośniej zapowiadasz swoje zamiary wyruszenia w podróż. Wraz z Tobą, odprowadzam też wzrokiem ten dziwny czas, który przemija, jak Ty.

Oczekuję też jutra. Tego, co przyniesie Twoje odejście. Nie chcę powiedzieć, że lepszego, bo wczoraj mimo tego, że rzucające wyzwanie, było pouczające.

Będę tęsknić i wypatrywać Cię każdego dnia, w tym samym oknie. Jedno jest pewnie, wrzosy znów zakwitły, delikatnie mówiąc Ci, że nadchodzi czas.

Idź, wiem, że musisz. I chociaż to ciężkie pożegnanie, postaram się podtrzymywać w sobie kawałek Ciebie. Zostaniesz we mnie, jako wspomnienie. Kiedy zamknę oczy, poczuję Twój ciepły dotyk.

I koniecznie wróć. Nie pobłądź w tym dziwnym i zakręconym świecie. Znajdź mnie, gdziekolwiek uda Ci się mnie zastać.

Ja zawsze będę czekać. Nie wiem czy ta sama. Dobrze wiesz, że każdy dzień mnie zmienia. Będę o siebie walczyć, taką, jaką widzę się w promieniach Twojego letniego słońca.

Ono dodaje mi radości i odwagi. Pewności i nadziei.

Wiem co myślisz. Obiecuję, że postaram się pokochać jesień. Docenić zimę. A nade wszystko nie stracić ich uroku i darów, skupiając się na ciągłym Ciebie wypatrywaniu.

Spróbuję zamienić oczekiwanie, na wyczekiwanie. Brać garściami z tego, co jest, nie żałując, że nie ma Ciebie.

Idź lato. Jestem gotowa.

Zwątpienie

Łatwo powiedzieć. Nie obrażaj się, nie fochaj, nie dąsaj.

Tylko dlaczego to takie trudne?
Jeszcze bardziej ciężko jest zaufać i uwierzyć, w chwilach niepewności. Kiedy nie wszystko jest od nas zależne i pojawia się obawa – wcale nie mamy ochoty, żeby bez lęku czekać. Nie mówiąc już o towarzyszącej temu radości.

Nie potrafimy tak po prostu zaufać. Dużo łatwiej jest, kiedy idzie po naszej myśli, wszystko się układa i klei w taką całość, jakiej oczekujemy.

W tych momentach, gdy grunt pod nogami zaczyna się powoli osuwać i musimy płynąć z nieznanym prądem, ogarnia nas strach.
Wtedy dużo łatwiej wypełnia nas zwątpienie, rezygnacja i właśnie – obraza.

Mamy nerwy na wszystko dookoła. Świat jest zły, ludzie nie tacy, okoliczności niesprzyjające i Bóg. Niesprawiedliwy, nie działający cudów, nie spełniający naszych życzeń.
I to jest prawdziwy sprawdzian dla naszego serca. Jeśli więc, nie żałujesz żadnego z wcześniejszych swoim wyborów i jesteś pewien co do tego, co jest dla Ciebie, w Twoim życiu najważniejsze – postaraj się nie lękać. Nie zamęczają się gdybaniem, co by było gdyby. Nie katuj się, robiąc w ten sposób kroki w tył. Przepędź wątpliwości. Postąpiłeś słusznie!

I mimo wszystko spróbuj pisać w sobie te słowa:

„Raduj się w Panu, a on spełni pragnienia Twojego serca.
Powierz Panu swoja drogę i zaufaj Mu. On sam będzie działał”.

Za każdym razem dodając dopisek: wbrew niechęci i rezygnacji.

Kiedy już napiszesz, czytaj je, potem zaśpiewaj. Z czasem usłyszysz muzykę i zrozumiesz.

Dzięki temu nie dostaniesz pstryczka w nos, kiedy okaże się, że się udało.
Nie będzie Ci głupio, że zwątpiłeś w ciężkim momencie, a On znów nie zawiódł.
Może nawet zapłaczesz, gdy dojdzie do Ciebie, że przez cały ten czas On był tuż obok.

Ja ciągle próbuję. Uczę się pokory i wiary. W ciężkich chwilach życie bezlitośnie pokazuje mi, jaka jestem słaba.

Ale wiesz co? Nie zamierzam się poddać. 🙂

I znów zaczynam nucić… 💃

Boga rozczarowanie

Ale musi Ci być smutno Panie Boże.

Kiedy widzisz, jak stworzony przez Ciebie człowiek jest największym niszczycielem wśród innych Twoich dzieł.

Najpotężniejsze arcydzieło, powstałe w wyniku Twojej niepojętej Miłości – człowiek.

Dałeś nam w prezencie to, nad czym pracowałeś, czego pragnąłeś, co ukochałeś – świat.

Podarowałeś nam życie i ziemię do użytku, pełen nadziei, że nie damy się owładnąć swojemu egoizmowi.
Jak bardzo musisz być smutny Panie Boże, widząc to, co robimy na całym świecie.
Ile razy ocierasz łzy, słysząc ten krzyk, rozchodzący się na całej planecie. Dla nas jest on niemy, niewidoczny, dla Ciebie wszechobecny.

Podnosimy na siebie ręce, które miały nieść dobro. Zabijamy zaślepieni rządzą władzy i bogactwa. Nie rozglądamy się wokół szukając okazji do podniesienia swoich braci, ale sposobności by ich kopnąć.

Wojny domowe, głód, brak wody, zniewolenia, tortury, śmierć, niszczenie natury, zadawanie ciosów zwierzętą, sianie spustoszenia na całej ziemi.

Jak wielki musisz czuć ból, widząc, jak jedno twoje ukochane dziecko zadaje rany drugiemu. Cały czas.

Jak potężne jest Twoje rozczarowanie człowiekiem, któremu powierzyłes losy całego stworzenia.

I na co Ty jesCze czekasz Panie Boże?
Dlaczego ciągle jeszcze dajesz nam czas na opamiętanie.

Czy Ty cały czas wierzysz, że możemy się zmienić?
Czy tak bardzo kochasz to swoje niedoskonałe dzieło, że nie chcesz jego potępiania?

Modlitwa

Złap mnie za rękę i poprowadź.
Nie daj mi tracić czasu na błądzenie.
Nie pozwól łazić bez sensu, po drogach, które mnie nigdzie nie zaprowadzą.
Złap mnie za rękę i pokieruj tam, gdzie powinnam pójść.

Pokaż mi, co jest do zrobienia i pociągnij mocniej za moją dłoń.
Bo chcę tego. O to proszę.
Poprowadź mnie. W swój delikatny sposób.

A jeśli będę stawiać opór i mimo Twojej zachęty, pójdę w inną stronę – nie puszczaj – mimo wszystko.
Zostań ze mną wbrew mojej naiwności i głupocie.
Strać ze mną czas na tych poboczach, żebym mogła zrozumieć i zawrócić.

Nie dopuść tylko, by było za późno.
Pozwól mi się nauczyć. Daj czas, żebym zrozumiała i zatrzymała się. Spojrzała w siebie i unosząc głowę – zobaczyła tę właściwą ulicę.

Wtedy mocno zacisnę swoją dłoń na Twojej i tym razem ja pociągnę Ciebie. Tylko teraz zdecydowanie, z zachwytem i pewnością. Popatrzę Ci głęboko w oczy i uśmiechnę się. Skiniemy do siebie i pobiegniemy.

Ty tak bardzo dumny, ja tak bardzo pewna.

Error

Mówimy, że słuchamy Pana Jezusa. Czasami nawet bardzo głośno wykrzykujemy Jego słowa w stronę innych, używając ich, jako argumentów we wszelkiego rodzaju sporach. Jesteśmy przekonani, że mamy rację. Mówimy to, co uważamy za słuszne. Jesteśmy wręcz przesiąknięci pewnością, co do swojej racji.

Error

A wiecie, co ja myślę?
Że tak bardzo zafiksowaliśmy się na siebie, że sami siebie zagłuszamy. Słuchamy Jezusa, ale czy słyszymy, co On do nas mówi? Nie. Bo nawet Jego słowa dopasowujemy pod siebie. Jak nam wygodniej. Nie zwracamy uwagi na to, że wdarły się w nas fałszywe odczucia i intencje. Skutecznie wciskamy przycisk „anuluj” przy pojawiającym się od czasu do czasu komunikacie: Błąd. Znika informacja, impuls zostaje wyłączony, więc możemy ze spokojem ciągnąć w złym kierunku – bo bez wyrzutów sumienia.
Inni też nas ukierunkowują. Nasze myślenie i przekonania. Rodzice, dom, z którego pochodzimy, wartości. Od pierwszych lat na ziemi kroczymy krok za krokiem, jak baranki, tam gdzie idzie nasze stado. Kiedy stajemy się dorośli, niektóre kwestie są oczywiste. Myślimy, że przecież zawsze tak było, więc tak jest dobrze. To nieprawda! Nie możemy tkwić w stereotypach, których się nauczyliśmy. Jeśli nie będziemy słuchać siebie, swojej intuicji i wciąż będziemy ignorować wyskakujące komunikaty, to nigdy się nie rozwiniemy. Nie zmienimy się na lepsze, nie zmienimy świata, Kościoła. Nasza relacja z Bogiem będzie ciągle taka sama. – My stojący z założonymi rękami i On mówiący do nas – bez skutku.
Nie możemy pozwolić na to, by strach przed zmianą, zamykał nas w skorupie. Przemyślane zmiany, te przegadane z Bogiem, przy rozłożonych rękach i otwartych uszach, mogą być tymi najwspanialszymi.

Rozdział.

Może nie brzmi to dobrze. Kojarzy się z dystansem, jakiegoś rodzaju rozstaniem. Ale rozdział, to nie to samo, co podział. Czasami jest on potrzebny, żeby każda ze stron mogła się zastanowić, na nowo odnaleźć swoje powołanie, a tym samym zadania i cele. Rozdział jest potrzebny, żeby mogło dość do zjednoczenia. Ostatnio bardzo pracują we mnie słowa Jezusa, które wypowiedział, żeby nam przypomnieć o ty, że każdemu trzeba oddać to, co mu się należy.
Ja sama zawsze czułam lęk, kiedy słyszała, że ktoś chcę doprowadzić do rozdziału Państwa od Kościoła. Automatycznie wyrastała wokół mnie kopuła, która nawet nie chciała o tym słuchać. Bariera mająca za zadanie odpychać wszelkie argumenty i prawdę. Najważniejsze było, że tak jest bezpiecznie. Stwierdzenie, że Polska jest krajem katolickim robiło całą robotę. Skoro tak, to rozdział oznacza nic innego, jak zmianę w kraj bez wiary, religi i Boga.

Znów Error.

To straszne kłamstwo. Bzdura, która nie chciała pokazać swojego prawdziwego oblicza. Przez przybranie maski, bez problemu sprawiała, że siedziałam w swojej skorupie, nie wychylając nawet nosa. Ale Bóg potrafi pokonać wszelkie przeszkody. Kopuły, mury, skorupy. I dotarły do mnie fale dźwiękowe, płynące z ust Jezusa, mówiącego o Bogu i Cesarzu. Nie cytat, który znam na pamięć. Którego wysłuchiwałam w świątyni nie raz i nie dwa. Wreszcie nie tyle słyszałam, to, co chciałam, ale usłyszałam przekaz, który Pan Jezus zawarł w swojej odpowiedzi na temat Państwa i Kościoła. Wiary i Boga. Religi i miłości.
Dziś widzę, że połączenie tych par w jedno, jest złe. Zaprzecza istocie każdej ze stron. Kiedy idą obok siebie i trzymają się za rękę, rozmawiają, współgrają, idą jednym krokiem – dochodzą daleko, robiąc przy tym dobro. Kiedy jednak na siłę łączy się dwa elementy w nienaturalną jedność, wychodzi klapa. To tak jakby małżeństwo nie było połączeniem dwóch osób, w jedno serce w dwóch ciałach, ale jakby jeden z małżonków wchłaniał drugiego podczas ceremonii ślubnej. Głupota, prawda? Coś niemożliwego. Przeczącego naturze i niewykonalnego.
Tak samo jest z Państwem i Kościołem. To samo dotyczy wiary, która może istnieć bez Boga i odwrotnie. Kiedy na siłę chcemy to połączyć, dzieją się złe rzeczy. Dochodzi do kłótni, walki, ale przede wszystkim do niezrozumienia drugiego człowieka i poróżnienia. Jedna ze stron jest zła, bo ta druga czuje i myśli inaczej. Ta druga zaś, jest skrzywdzona ową złością.
Można uznawać się za wierzącego, ale nie mieć nic wspólnego z Bogiem, tak samo jak można być bardzo blisko największego Dobra i mieć czyste serce pełne miłości, nie poznając nigdy Boga.
Jestem przekonana, że gdyby Pan Jezus wszedł do dzisiejszego Kościoła, przepełnionego układami i kryciem grzechu, to zacząłby wszystko przewracać. Tak jak w Jerozolimie. Chciałby wszystko zburzyć, bo ten pozorny porządek jest zły. Nie tak to wszystko chciał poukładać, zakładając na ziemi Kościół. On nie chciał, żeby świątynia była miejscem sprzedaży. Nie pieniądz miał przecież rządzić w tym miejscu. Nie rzeczy materialne miały być istotą skupiająca na sobie uwagę. Rozgoniłby stragany kłamstwa, polityki, pychy i grzechu, żeby wyciągnąć później swoją rękę i pomóc wrócić każdemu na swoje miejsce.
Miłość i modlitwa to rzeczy, które powinny wypełniać kościoły. Otwartość na człowieka, który przychodzi po światło i ukojenie. Bóg przebywając na ziemi, pokazał, że pochyli się nad każdym ze swoich dzieci. Każdego wysłucha, uzdrowi, upomni, nauczy. Tylko On.

Nie ma Go.

Ośmielę się jednak napisać, że w wielu kościołach nie ma już Boga. Bo go z nich wygoniono, ustępując miejsca przekonaniom i swoi prawdom. Pasterze nie chronią owiec, ale narzucają im swoje poglądy i wolę, biegając wśród stada z kijem. Zapanował chaos, w którym zgubiły się wiara, miłość i cichość serca. Jak możemy usłyszeć Boga w takim bałaganie. Gdzie On w nim, w ogóle jest?
Nie wciskajmy następnym razem przycisku „anuluj”. Kościół jest Boga. Oddajmy mu go.

Uśmiech życia

Idąc coraz dalej, krok za krokiem – weryfikuje się całe nasze życie. Każde następne postawienie stopy na podłożu, jakie by nie było, zbliża nas do prawdy:
O tym, jacy chcemy być, a jacy jesteśmy naprawdę.
O tym, kim są nasi przyjaciele, a o kim myśleliśmy, że nimi są.
O tym, jak postrzegaliśmy nasze życie jeszcze dwa kroki wcześniej, a jak widzimy je dzisiaj.
O tym, jaki naprawdę jest świat, który cały czas nas otacza, a jakim wydawał nam się być.

I nieważne , po jakiej drodze idziemy: czy wiebieramy te łatwe szlaki, czy mega trudne, mało uczęszczane szosy.
– Jest coś , co nigdy się nie zmieni: zawsze gdzieś dojdziemy, za każdym razem inni, przemienieni przez to, co spotkało nas po drodze. Dopóki żyjemy, nasze nogi będą na zmianę się wyprzedzać, zmierzając w jakimś kierunku.
Nie jeden raz się zatrzymamy, zgłupiejemy, nie będziemy wiedzieli jak wybrać i nie oszukujemy się – nieraz wybierzemy źle.
Od nas tylko zależy, jacy się staniemy, pokonując podczas tych wyborów siebie. Następnie stawiając czoła konsekwencją swojej głupoty lub przeżywając rozważnie swoją wygraną.
‌Idźmy. I obracamy się za siebie, jeśli jest nam to potrzebne, ale nie robimy tego, kiedy wspomnienia do których wracamy, są niszczące.
‌ Nie siejmy zamętu w swojej głowie, żeby nasze nogi nie musiały się przez to poplątać. Bo upadek boli, a nie zawsze jest potrzebny, pouczający i wzmacniający, czasami po prostu jest beznadziejnym kaprysem, który pojawia się w naszej głowie z bezsilności. Ostatnią deską ratunku. Brzytwą, której specjalnie się chwytamy, żeby pokazać światu, jak wielkie jest nasze cierpienie.

Każda droga jest piękna i wyjątkowa. Nawet jeśli nie wydaje nam się taka wtedy, kiedy ją pokonujemy, to kiedyś dojdziemy do jej kresu i będziemy za nią wdzięczni. Wiecie dlaczego? Ponieważ zrozumiemy stojąc już na mecie, że właśnie ukończyliśmy jedyną podróż, której już nie powtórzymy.

Ja chcę ją zakończyć z szerokim uśmiechem na twarzy.  A Ty? 🙂

Życie to chwila

Tak sobie myślę, że za mało żyjemy.
Niby jesteśmy, wstajemy, pracujemy, wykonujemy swoje obowiązki, kładziemy się spać, i tak w kółko.
Niby doceniamy, cieszymy się, kochamy, przeżywamy, ale jakoś tak po łebkach.

A my naprawdę jesteśmy tutaj na chwilę.

Niby wierzymy, mamy nadzieję, kochamy, staramy się, ale tak naprawdę nie dajemy z siebie wszystkiego.

Nie zauważamy, że obok nas jest ktoś, kto żyje z całych sił, kurczowo trzyma się życia i o nie walczy.

Dopiero kiedy zgaśnie tak bardzo świecąca iskra, nagle się zatrzymujemy. Rozglądamy się i uświadamiamy sobie, że też chcielibyśmy mieć taką wiarę, taki ogień i świadomość swojego bycia tutaj. Tu i teraz.

Ja chcę żyć. Chcę. Tak naprawdę, na razie tutaj, a kiedyś po drugiej stronie.

Dziś miałam okazję spotkać się z pięknym świadectwem. Z głęboką , czystą miłością i wiarą, prawdziwą i szczerą.

Jestem mała. Bardzo. I dziękuję, że mogę spotykać wielkich ludzi, z wielkimi sercami i ogromnym przekonaniem o tym, że zmierzamy w zupełnie inne Miejsce.

Pomiędzy

Ostatnio nie mam czasu pisać.
Jeśli już znajdę chwilę, to poświęcam ją na pisanie kolejnych zdań mojej drugiej książki.

„Słodkie cytryny i Raj” powstają powoli, kiedy widzę tempo innych autorek, zastanawiam się jak one to robią. Dlaczego ja tak nie potrafię… Pogodzić wszystkie obowiązki: Bycie mamą dwójki aktywnych młodych chłopców, bycie żoną, właścicielką trzech zwierzaków. Tą, która chce dbać o bliskich, swoje relacje, ale też o dom i to co wokół niego. Korzystać z dóbr natury, ubogacić otoczenie, śmiać się, modlić, zadumać, porozmawiać, przytulić, zapłakać… Międzyczasie zadbać o siebie. Dla siebie. I dla nich.

Zapomnieć o wirusie i zwariowanym ostatnio jezcze bardziej świecie, jednoczenie nie lekceważyć zagrożenia.

Nie wiem czy inni stawiają tylko na kilka z tych rzeczy, czy potrafią zadbać o nie wszystkie naraz perfekcyjnie.
Ja do tego dążę. Podziwiam, ale też zazdroszczę tym, którzy to potrafią. Choć wiem, że to uczucie nie jest dobre. Nie chcę go.

Moja druga książka powstaje powoli, zresztą tak samo jak pierwsza. Ich historie to tworzenie rozciągnięte w czasie. Między jednym dzieckiem a drugim, raczkującym macierzyństwem, a ciążą. Pomiędzy porodami, a dobrym wychowaniem dwóch odrębnych istot, które kiedyś pójdą w świat i będą tworzyć swoje własne. – Nie chcę tego schrzanić. ❤️
Między jednym psem – a dwoma psami i kotem. Między mieszkaniem, a domem. Między miastem a miasteczkiem. Między mną kiedyś – a teraz. W normalnym świecie i dzisiejszym – oszalałym.

Skończę tę książkę, a to, że piszę się ona tak, a nie inaczej, sprawia, że jest i będzie, jeszcze bardziej wartościowa, wyjątkowa, wyczekana, wygrana.

A dziś, robię kolejną partię miodu, który pomoże nam zachować zdrowie.
Zbieramy maje razem. (Tak tutaj mówi się na te kwiaty). Patrzę na nie i się zachwycam. Chociaż potem długo muszę domywać swoje dłonie z żółtego koloru. Spieszę się, bo szybko zamieniają się w latawce i rozpływają wraz z wiatrem – skończywszy swoje zadanie na ziemi. Są dla niej darem, dla mnie też. Pozostaną ze mną, zamknięte w słoikach, dając swoją słodycz i dobre właściwości.

I ja też chcę kiedyś pozostać, na kartkach swoich opowieści. Zostawiając po sobie ślad.

Idę więc, napisać kolejne słowa. Choćby kilka, aż powstanie cała opowieść. Mam nadzieję, że już wkrótce. 🙂

Dobrej nocy! ❤️

Wielka Nadzieja

Na początku Wielkiego Postu, nie miałam pomysłu jak go przeżyć. Czego się podjąć, żeby był przeżyty głęboko, zbliżył mnie do Boga, rozmodlił, nauczył miłości.
Kilka dni później nie musiałam się już zastanawiać. Samo spadło na mnie jedno wyzwanie za drugim.

Podjęcie modlitwy o ustanie epidemii, wymagającej, codziennej. Czułam, że nie mam siły, nie wytrwam, równocześnie wiedziałam, że powinnam. Nie ma przecież innych Przyjaciół, z którymi tak bardzo intensywne mogłabym spędzić ten ciężki czas. Z którymi codzinnie mogłabym się spotykać i rozmawiać o tym, co teraz robić, jak żyć, jak pojmować, rozumieć i przyjmować to, co dzieje się wokół.
Musiałam stanąć na wysokości zadania, zacząć kochać zupełnie inaczej niż do tej pory, udźwignąć tęsknotę, czasami też samotność wywołaną izolacją. Zmierzyć się ze sobą, przezwyciężyć to, że nie powinnam widzieć się z bliskimi, ale w chwilach słabości pokusa bywa tak ogromna.
Wyzwań pojawiło się tyle, że momentami wymiękam, wątpię, opadam z sił. Przytłacza mnie to, że za mało robię w tym czasie dla innych, że nic nie robię. Ze strachu o siebie, nasze dzieci, rodzinę.

Cały czas, w każdej tej sytuacji, od początku Tego Wielkiego Postu, wielkiego zamieszania i wielkiej zmiany naszego sposobu życia, On jest największą siłą.
Tak jak dla Izraelitów na pustyni, jak na Golgocie. Spojrzenie na Niego, jest zbawiennie, pomocne, podnoszące. Bo krzyż to nie tylko cierpienie i śmierć, to przede wszystkim Miłość, oddanie, przyjaźń, zrozumienie i pragnienie Nieba – dla drugiego człowieka.