Mogłabym się zakochać.

Gdyby taka była cała jesień, to bym ją pokochała.

I tak sobie myślę, że chyba za dużo oczekujemy od życia, świata, ziemi. Ciągle na coś czekamy. Marudzimy i zawsze, zawsze – znajdzie się jakieś ALE.

Bylibyśmy tacy szczęśliwi, ciesząc się z tego, co nas otacza. Raduje swoim pięknem. Moglibyśmy być najszczęśliwsi na świecie, dostrzegając łaskawość losu. Widząc Boga choćby w łące pełnej żółtych kwiatów.

Nie musielibyśmy się tyle martwić, gdybyśmy nie skupiali się na tym, czego nam brakuje. Mogłabym zakochać się w jesieni, gdybym tylko nie obrażała się na Boga, że stworzył takie cztery pory roku, a nie inne.
Dałabym jej szansę, jeśli zmiana garderoby na grubszą, nie przysłaniałaby mi oczu na piękne kolory jesieni. Mogłabym zauważyć, że spadające liście nie tylko przypominają mi, że do lata muszę poczekać jeszcze 8 miesięcy – a ta myśl boli i zniechęca, ale że te liście tworzą dywan w wymiarze 5D. Szeleszczący, chrupiący pod butami, pachnący i do tego, całkowicie naturalny.

Ileż razy w życiu, skupiamy się na tym, co jeszcze musimy osiągnąć. Z jaką częstotliwością przejdzie nam przez myśli, że ktoś ma coś i my też może moglibyśmy to mieć?

I mogłabym to zrobić. Zakochać się, ale wolę się zamknąć na lepsze strony i skupić na gorszych. Katować się nimi i robić z siebie pokrzywdzoną przez wszechświat, bo marznie mi nos i palce.

Czyż nie codziennie, chociaż raz, ukłuje nas taka myśl, która wytyka jakieś braki?
Tylko, czy to jest prawdziwe? Czy nam naprawdę tego brakuje?

Ja na szczęście mam tak, że kiedy słyszę o stylu życia, przyjemnościach i uciechach innych, utwierdzam się w przekonaniu, że kocham swój sposób na życie. Ogarnia mnie wspaniałe poczucie szczęścia, kiedy kolejny raz, tak po prostu uświadamiam sobie jak dużo dostałam.

Są niestety i takie chwilę, że skupiam się na brakach. Zaczynam rozkminiać, że może powinna zrobić wszystko, żeby mieć więcej. Są sekundy, że myślę o tym, żeby porzucić drogę, którą obrałam, tylko po to, żeby zyskać rzeczy materialne, które nie mają żadnej wartości przy tym, co naprawdę na mnie ważne.

Wszystko przez nakręcanie się i zapominanie.
Zapominamy, że kochanie jest dobre. I nie tylko drugiego człowieka, chociaż oczywiście też. Ale moglibyśmy też kochać swoje życie, dużo bardziej niż to robimy. Choćby zakochując się właśnie w jesieni. W nieznośnych sąsiadach, braku Kinder Joy w sklepach, w swojej sytuacji materialnej. To takie absurdalne, próbować kochać coś, co spędza nam sen z oczu, ale tak. Miłość i szczęście często są przecież niezrozumiałe. Najczęściej dla innych.

Olać to.
To my mamy być szczęśliwi. My mamy kochać.
Właśnie wtedy, dając szansę światu, zyskamy ją dla siebie. Bo zobaczymy po jakimś czasie, że sytuacje, które nas dobijają, wcale nie są takie złe. Spostrzeżemy, że to tylko nasze podejście i wyobrażenie o nich, czyni je takimi strasznymi, a co najgorsze – aż tak bardzo wpływowymi na nasze samopoczucie, decyzję, – spokój.

Dziś zobaczyłam, że mogę znów się zakochać. Inaczej niż do tej pory. Mogę kochać kogoś innego niż moi bliscy i idee. Coś innego niż mój dom, moje zwierzęta i rośliny.

Właśnie w tych żółtych kwiatach to dostrzegłam. Dlatego, że ujrzałam w nich Boga, który mi powiedział, że zamykając się na to co mnie otacza i zamieniając w swojej głowie dobra spływające z każdej strony, na przekleństwa i kłody – zamykam się na łaski. Mówiąc bardziej egoistycznie – na korzyści.

Ale to właśnie one sprawiają, że czujemy się szczęśliwi. Zatem, jeśli ten nasz egoizm ma się przejawiać w tym, że otworzymy szeroko oczy, chcąc chłonąć to, co życie samo nam ofiaruję, to nie może on być zły.

Może właśnie takie zachowanie można nazwać mądrością?…
Pewnie opowiem Wam o tym za kilka lat, kiedy przekonam się o tym, zakochując się w jesieni. 😉

Kobieta płeć piękna – owszem. Słaba – nigdy w życiu.

Odnoszę wrażenie, że powszechnie panuje strach przed kobietami. Nie chodzi mi bynajmniej o obawę przed ich siłą, bo ta, została już praktycznie zapomniana i zepchnięta gdzieś bardzo nisko. Mówię o duchowej mocy, która potrafi sprawić, że kobieta potrafi dokonywać rzeczy – z pozoru – niemożliwych.
Kobietą jestem od zawsze, jednak na początku swojego życia, nie odczuwałam jakiejś poważnej różnicy między mną a mężczyznami. Wręcz przeciwnie, zawsze lepiej odnajdywałam się w męskim towarzystwie. Dużo bardziej interesowały mnie też męskie zajęcia i zabawy.
Później dorosłam, dojrzałam i chociaż do dziś dobrze dogaduje się z mężczyznami, to zaczęłam zauważać, że oni wcale nie doceniają kobiecej siły i zaangażowania. Następnie zostałam żoną i mamą dwójki dzieci. Wtedy zobaczyłam, że nie tylko męska część społeczeństwa jest „ostrożna” w zaufaniu kobiecie, na której spoczywa dużo obowiązków. Niestety młodzi ludzie, którzy są jakiś kawałek za mną na swojej życiowej drodze i dopiero ją zaczynają, również nie mają w sobie wiary w kobiece możliwości.
MOŻESZ WIECEJ.
Ja sama też kiedyś taka byłam. Miałam dwie prace, studia zaoczne i życie osobiste. Myślałam, że jestem bardzo zmęczona, że nie mam czasu na odpoczynek i relaks. Zdawało mi się, że więcej nie potrafiłabym już z siebie wykrzesać, że nie znalazłabym w sobie siły na kolejne obowiązki czy mniej godzin snu.
Nie znałam wtedy wartości swojej kobiecości. Nie miałam pojęcia, jakie pokłady siły we mnie drzemią. Nie docierało do mnie, jak wymyślił mnie sobie, jako kobietę Pan Bóg. Nigdy nikt mi nie powiedział, jak bogata jest moja kobieca duchowość i jakie wspaniałe daje mi ona możliwości.
Najpierw zaczęłam to odkrywać w codzienności. Nie od razu, ale z perspektywy czasu. Założyłam rodzinę, stałam się kapłanką domowego ogniska. Zaczęłam zmagać się z sytuacjami, które wcześniej nie miały miejsca. Stawiać czoła nowym wyzwaniom, które sprawiały, że robiłam się silniejsza i bogatsza. Niezależnie od tego, czy wygrana była po mojej stronie. Dawałam radę, szłam dalej. Wciąż byłam żoną.
Kiedy nadszedł czas na wzięcie udziału we wspaniałym cudzie stworzenia, zobaczyłam, że oto ja, potrafię stać się prawdziwym domem dla drugiego człowieka. Ja kobieta, umiałam oddać swoje ciało na kompletną służbę komuś, kto był wielkości owocu i całkowicie zaczął dyktować mi warunki. Już nie ja byłam ważna, moje życie od tej pory stało się zupełnie nieistotne. Teraz moim celem i przywilejem było chronić mój skarb, dla niego żyć i za niego odpowiadać. Punktem kulminacyjnym całej zmiany, było wydanie ukochanego dziecka na świat. Tego wyzwania podjęłam się jak na razie dwa razy.
I właśnie w tym czasie zaczęłam rozumieć, że do tego zostałam stworzona. Ja i każda kobieta. Przynajmniej z zamyśle naszego Boga. W teorii bardzo dobrze wyłożył mi to Ojciec Adam Szustak, w Projekcie Judyta.
Zrozumiałam, że to są naprawdę wymagające życiowe zadania. Zaczęłam dostrzegać, że to właśnie teraz odczuwam prawdziwe zmęczenie, chroniczne niewyspanie a przy tym muszę być aktywna 24 godziny na dobę. Stwierdziłam, że wcześniej przy dwóch etatach i nauce, miałam wspaniałe wakacje. I nie zrozumcie mnie źle, ja oczywiście nie trwierdzę, że obowiązki studentów i tych, którzy nie są rodzicami, są nieważne a tacy ludzie nie chodzą zmęczeni. Powtórzę jeszcze raz, ja też taka byłam. Kiedy jednak zostałam podwójną mamą, zobaczyłam jak bardzo się myliłam, twierdząc, że więcej nie dam rady.
Bo daje. Powiem więcej, robię to dużo lepiej niż wcześniej. Mimo wyrabiania trzystu procent normy ponad swoje siły, bardziej potrafię wszystko zaplanować, budzi się moja kreatywność i zdobywam swoje osobiste góry.
KAŻDA KOBIETA MA W SOBIE TAKĄ SIŁĘ.
Etap w życiu, który zaczyna się ciążą i zapomnieniem o swoich potrzebach, później funduje nam ból porównywalny do łamania kości podczas porodu, a następnie zapewnia ból piersi, uświadamia mi, jak jestem silna jako kobieta. Utwierdza mnie w tym przekonaniu fakt, że mimo zerowej możliwości na regeneracje po takich przeżyciach level hard, mamy siłę nie spać kilka lat, wstawać z energią i bawić się z naszymi dziećmi, a przy tym spełniać się jako zwykły człowiek. Dodatkowo, znów decydujemy się stać dla kogoś wszystkim. Kolejny raz zostać domem. Służyć do granic. Teraz już nie tylko nie Śpimy w nocy, ale czuwamy w łóżku naszego dziecka, a drugie rozrabiające w naszym brzuchu, nie daje nam nawet wygodnie usiąść. Po kilku godzinach przerywanego snu, od rana jesteśmy gotowe do działania. Dbamy o nasze dzieci, małżeństwo, dom. I daje nam to niesamowite szczęście. Mimowolnie się uśmiechamy i otaczamy wewnętrznym ciepłem. Ty, która jeszcze nie zostałaś mamą albo nigdy nia nie zostaniesz, też masz w sobie tę siłę. I musisz to wiedzieć.
TO TY SIĘ BOISZ, ŻE SOBIE NIE PORADZĘ, NIE JA.
Dlatego właśnie troszeczkę bolą nas ciosy zadawane przez tych, którzy uważają nas za zbyt słabe, żeby stawić czoła wyzwaniom zawodowym czy społecznym. Bardzo często kobieta – matka, nie dostaje szansy, ze względu na swoją życiową rolę. Paradoksalne jest to, że wszyscy dookoła boją się nam powierzyć ważne sprawy i zobowiązania, za to w nas nie ma ani nutki strachu. Jest chęć do działania, gotowość do pokonywania swoich granic i niesamowite pragnienie zrobienia czegoś dobrego.
Ale w tym tkwi nasza siła. Przyjmujemy te ciosy, przełykamy gorycz i żal, żeby po kilku minutach otrzepać kurz po upadku i wstać. I w sercu wiemy, że był to wielki błąd drugiej strony. Bo my zaczynamy się uśmiechać, wiedząc, że poradziłybyśmy sobie z zabraną nam szansą – i co ważniejsze – wiemy, że uda nam się to światu pokazać. Będziemy robić swoje, iść na przód i będziemy szczęśliwe, mimo świadomości, że ktoś nie docenił naszej siły. Bo wiemy, że jeszcze nieraz ją pokażemy, będąc do granic z siebie dumne.

Nie chcę.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim dzieciom, że mogą robić wszystko, czego tylko zapragną. Chcę, żeby wiedziały, że wszystko mogą w Tym, który ich umacnia.

Nie chcę, żeby ktoś kazał moim synom dorastać szybciej, niż jest to konieczne. Chcę, żeby zostali w swoim dziecięcym świecie tak długo, jak tylko to możliwe.

Nie chcę, żeby ktoś mówił im, że ich zachcianki są najważniejsze, ale żeby wiedzieli, że przy spełnianiu ich, nie mogą zapomnieć o dobru drugiego człowieka.

Nie chcę, żeby ktoś kalał serca moich dzieci tym, na co nie są gotowe. Chcę, żeby ich serca wzrastały w odwagę, miłość i piękno.

Nie chcę, żeby mówiono im, że nie muszą myśleć o sobie i innych. Chcę, żeby pamiętali, że zawsze potrzebny jest szacunek, wobec siebie i innych.

Nie chcę, żeby dowiadywali się tego, z czym nie będą mogli sobie poradzić. Chcę, żeby byli gotowi na informacje, jakie ma dla nich dorosły świat.

Nie chcę, żeby ktoś mówił im, że to jakimi zostaliśmy stworzeni, jest nieważne. Chcę, żeby wiedzieli, że mężczyzna jest najsilniejszy wtedy, kiedy potrafi nad sobą zapanować, a kobieta najpiękniejsza, gdy kocha i jest kochana.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim symom, że ta różnica jest nieważna. Chcę, żeby wiedzieli, że dzięki niej możemy wspaniale się ubogacać.

Nie chcę, żeby ktoś mówił moim synom, że najważniejszy jest egoizm. Chcę, żeby najpierw kochali.

Nie chcę, żeby mówiono im, że jeśli ktoś jest inny, to nic nie znaczy. Chcę, żeby wiedzieli, że ma to duże znaczenie i że można kochać i przyjmować to, jakimi ludzie są, w swojej odmienności.

Nie chcę zeby ktoś mówił im rzeczy, na które nie są gotowi. Chcę, żeby mieli niezaburzone emocje i uczucia, kiedy dorosną i pójdą swoją drogą.

Chcę, żeby byli bezpieczni w swojej wolności.
Żeby umieli dostrzegać Prawdę i według niej żyć.

Bóg nas wychowuje.

Dziś w drugim czytaniu, jest mowa o tym, że Bóg karci i chłoszcze tych, których kocha. To złe tłumaczenie. Występuje tam greckie słowo Paideia, czyli: wychowanie.

Tata nas nie tresuje, On się o nas troszczy. Chce naszego dobra, wyjścia na ludzi, pójścia wąską drogą, która doprowadzi nas do Spotkania z Nim. On ze wszystkim sił chce, żebyśmy zatopili się z Nim w uścisku pełnym miłości. 🙂 <3
Myślę, że On nie wyobraża sobie, że do tego uscisku i spotkania, może nie dość. Dlatego pokazuję nam prawidłową ścieżkę i mocno trzyma kciuki, żebyśmy poleźli w Jego stronę. 🙂

To tak samo, jak ja, nie mogę sobie wyobrazić, że nie przytulę swoich dzieci na koniec każdego dnia. <3
Że nie wrócą do domu, po swoim wędrowaniu. Że na koniec, nie będziemy razem.
To takie niesamowite, że Bóg jest Bogiem Wszechmogącym, a tęskni za człowiekiem. Że czeka na nas w Swoim Niebie i nie może się doczekać, kiedy stanie się Ono również naszym.
Zadziwiający jest ten nasz Bóg. Tata.
Stworzył nas z czystej miłości, wcale nas nie potrzebował. A później dał nam wszystko, co tylko mógł. Łącznie ze swoim własnym życiem.
To miłość mu kazała, miłość go o to prosiła, miłość to sprawiła.
Ta sama miłość wylewa się z Niego, na swoje dzieci.
On nas nie każe. On nas kocha.

Dzięki Ci Ojcze Adamie, za Twoje tłumaczenie mi SŁOWA!

Zaglądnijcie na Langusta na palmie!
Posłuchajcie. 🙂 <3

Tak jak Maryja.

Maryja od pewnego czasu jest moją Przyjaciółką. Nieraz zapraszała mnie na kawę z dziesiątką różańca, spotkanie na mieście z Nowenną Pompejańską albo obiad z możliwością wpatrywania się w Jej cudowne, pełne oczy. Długo nie znajdywałam czasu. Zawsze było coś ważniejszego. Praca, studia, obowiązki.

Dopiero kiedy zostałam mamą i paradoksalnie czasu miałam jeszcze mniej, skorzystałam z zaproszenia. Dziś nie żałuję, że znalazłam dla Niej czas, bo dzięki temu, że spotkałam Maryję, zrozumiałam, iż tylko dzięki bliskości z nią, mogę próbować uczyć się ją naśladować, a przez to być dobrą. – Żoną, mamą, kobietą.

Dzięki różańcowi nieraz cofam się w czasie i biorę udział w wydarzeniach, które tak dzielnie przyjmowała i głęboko przeżywała Maryja.

Wspominam o Niej, ponieważ dziś jest Święto Jej Wniebowzięcia.
Była tak wspaniałą, że nawet Bóg nie mogł się Jej doczekać i zabrał od razu, prosto do siebie. Tak jak stała. 😉

To od niej chcę się uczyć być kobietą, córką Boga.

Chcę choć w malutkim okruchu, być Jej podobną w cierpliwości, łagodności i ufności.

Duchowej siły na co dzień dodaje mi Maryja.
Życiowej energii yerba. 🙂
Wsparcie Maryi w połączeniu z ziemskimi sposobami na niewyspanie, daje porządne efekty. 🙂

Udanego Świętowania! 🙂

To ja.

Nie jest dobrze, kiedy ktoś chce kierować twoim życiem. Nieustannie daje ci wskazówki, których nie chcesz. O które nie prosisz.

Nie jest dobrze. Kiedy nie czujesz komfortu na swoim własnym podwórku, przed domem, który starasz się zbudować z tymi, którzy czują tak jak ty.

Nie jest dobrze, kiedy ktoś cię ogranicza. Próbuje przełożyć na twoje życie, swój spóźniony na nie pomysł. Dlatego, że nie ma już możliwość sam go zrealizować.

Dobrze jest wtedy, kiedy w takich momentach, zawalczysz o sobie.
Mimo tego, że nieraz musisz zrobić to bardzo często. Kilka razy dziennie, dwa razy w tygodniu. Miesiącami. Latami. Ciągle.

Mimo, że przez poczucie bezradności i zmęczenia, chciałbyś już odpuścić.
Nie!

Powinieneś za każdym razem, z cierpliwością lub bez, w kółko powtarzać to samo:

” Bo ty jesteś ty, a ja jestem ja!”

Walcz o swoje życie. O jego spełnienie. Rób tak, jak dyktuje ci twoje wnętrze. Pytaj przede wszystkim Boga, co myśli na temat twojej koncepcji na przeżywanie czasu tutaj.

Wiem, że ciężko jest się nie przejmować, ale zrób to tylko przez chwilę. Posłuchaj Ojca Szustaka:

„Opłacz to, wykrzycz to, a później weź się w garść, stań na nogi i zacznij żyć. Możesz żyć tak szczęśliwie, że głowa mała.”

I ja wiem, że ciągła walka z wiatrakami męczy a nieustanne opłakiwanie doprowadza do szału. I chociaż to brzmi banalnie, to powiem Wam z własnego doświadczenia, że spokój i przebaczenie w takich sytuacjach: uwalnia!

Zatem, bierzcie głęboki oddech za każdym razem, kiedy ktoś wpycha swoje buciory na waszą drogę i poprzez małe – wielkie czyny, powtarzane raz po raz, róbcie swoje!

Stawajcie się lepsi. Bo nie jest ważne jak patrzy na was ktoś obok. O nie. Ważne jest, czy wy możecie spojrzeć sobie prosto w oczy. Bez jakiegokolwiek zwątpienia i poczucia winy.
Patrzcie w lustro codziennie rano, w swoje szczere, dopiero co obudzone oblicza i jeśli coś wam w nich nie pasuje, to cały dzień róbcie tak, żeby to zmienić. Wieczorem znów spójrzcie w lustro, tym razem w zadbane, ale zmęczone twarze. Jeśli jest choć troszkę lepiej niż rano, to wygraliście!

Tak, jesteście zwycięzcami. Wygraliście ten dzień waszego życia. A nie wiem jak u was, ale mój każdy dzień jest cholernie cenny.
To jesteś TY!
To jest TWOJE życie.
To TWOJE cele, marzenia i potrzeby.
Nie DAJ sobie ich ukraść i zakopać, bo już nigdy możesz ich nie odnaleźć.

Każdemu kogo spotykasz mów: STOP! To JA, to moje ZAUFANIE i SYMPATIA, którymi cię obdarzam, tak po prostu, od razu, wystawiając się na dobre i złe konsekwencje.

Ale spójrz, to moje warunki: nie będziesz próbował mnie zmieniać.

Dlaczego wciąż ( mimo wszystko) jestem w Kościele?

Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: Nie mam w zwyczaju zostawiać kogoś, kogo kocham. O to właśnie chodzi w miłości, tej prawdziwej przed duże M.
Jestem w Kościele, ponieważ spotkałam kiedyś Jezusa. Tak po prostu. Wyruszałam codziennie z domu o świcie, jak większość ludzi, aby wykonywać swoje obowiązki. Wypełniałam zadania, przemieszczałam się z punku A do punktu B. Chodziłam do kościoła, szkoły i na spotkania towarzyskie. Miałam serce pełne nadziei i zapału. Żadnych konkretnych jeszcze planów na życie, ale z pewnością ogromną pasję i chęć prawdziwego przeżycia czasu, jaki tutaj został mi dany.
Miałam przeświadczenie, że cały świat stoi przede mną otworem oraz, że na pewno czeka mnie ciekawa i wspaniała droga. Nie wiedziałam wtedy, że jest to genialne, a zarazem trudne do spełnienia marzenie. Żeby wyruszyć w tę moją drogę, muszę tak naprawdę – świadomie i z miłością, zabrać ze sobą kogoś, kto będzie szedł ze mną, bez względu na wszystko, ramię w ramię.
Pewnego dnia zobaczyłam Jezusa na ulicy. Rzuciliśmy sobie spojrzenia, On jakby czekał na mnie już od dłuższego czasu. Ja być może mijałam Go wcześniej w codziennym pędzie, ale nigdy nie spojrzałam Mu głęboko w oczy. Zrobiłam to dopiero w tamtej chwili. Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, zaczęliśmy się poznawać, rozmawiać i kochać. Przez cały ten czas idziemy razem moją drogą, to ogromne szczęście, że nie jestem w podróży życia sama.
Jezus pokazał mi, co to znaczy obdarzyć kogoś zaufaniem i uczuciem. Dzięki Niemu wiem, że Miłość to nie tylko dobre chwile, w których wszystko idzie po naszej myśli i z powodzeniem się udaje. Zobaczyłam to w Jego postawie i zachowaniu, kiedy nie zostawił mnie, ani na chwilę – gdy ja w Niego wątpiłam. Nie odwrócił ode mnie wzroku nawet wtedy, kiedy strzelałam na Niego focha i chciałam z nas zrezygnować – w chwilach ludzkiej słabości. Właśnie w tych najgorszych moich obliczach, które specjalnie Mu pokazywałam, aby zobaczył wielkość mojej złości i rozgoryczenia – On widział moje piękno. A co najważniejsze, zawsze dawał, daje i będzie dawał mi szansę, bo nie przestaje we mnie wierzyć.
Jakże, więc ja, mogłabym odwrócić się od Niego, ze względu na gorsze czy lepsze momenty w Kościele? Miałabym przestać wierzyć w Jego Miłość i dobro… Kiedy czuję zawód z powodu zachowań Kościoła, to wstydzę się za ludzi. Nie za mojego Boga. Kościół, jaki stworzył i zostawił nam Jezus, jest żywy i cudowny, pełny Ducha Świętego. Ja wciąż to widzę i czuję. Dlatego nie zostawię Kościoła, mojej wspólnoty, bo w samym jego środku jest mój Sens. Miłość, która nie opuszcza.

Złudzenie.

Kiedy jesteśmy młodzi, za wszelką cenę chcemy stać się dorośli. Wydaje nam się, że wtedy wszystko będzie łatwiejsze.

Gdy dorastamy, zaczynamy rozumieć, że dorosłe życie daje nam ogromne przywileje, możliwości i pozwala zakosztować szczęścia – jeśli podejmiemy dobre decyzję i podążymy właściwą drogą.

Te przyjemności jednak, wiążą się z odpowiedzialnością i niosą za sobą obawy – o to, że możemy stracić to, co najbardziej kochamy.

Wtedy chcielibyśmy choć na chwilę wrócić do okresu dzieciństwa.

Bo tęsknimy: za beztroską i dziecięca nieświadomością.

Dla mnie takim żywym wspomnieniem  czasu, kiedy to o mnie martwili się rodzice, a ja po prostu żyłam z dnia na dzień, bez głowy pełnej myśli i trosk. – jest wata cukrowa. I choć nie smakuje już tak jak wtedy, to pozwala sobie przypomnieć, jak  się czułam.

Dziś, choć moje serce wypełnione jest strachem o imoich bliskich – ich zdrowie, szczęście, wiarę i miłość – to wiem, że tylko dzięki kolejnym etapom życia, mogę doświadczać wspaniałych uczuć i emocji. Gdybym nie dorosła, nie poznałabym świata z jego wszystkimi kolorami.

Ciągle znałabym tylko tę podstawową paletę.

Dobrze, że jesteś. Dobrze, że jesteś. Dobrze, że jesteś tu.

Siedzę właśnie i piszę kolejne kilka zdań książki. Przycupnęłam na parę minut przy laptopie, żeby wyrwać czasoprzestrzeni małą chwilę, na powstawanie dalszej części opowieści, którą chcę Wam kiedyś przedstawić.

Co jakiś czas, podnoszę wzrok, żeby spojrzeć na moich synków, bawiących się przede mną, w salonie. Nagle starszy z nich wstaje, z uśmiechem podbiega do młodszego i mówi: „Jeremiasz, cieszę się, że tu jesteś.”

Nie powiem, obserwujemy jak rodzi się między nimi wspaniała więź, ale świadkami takiego wyznania, jeszcze nie byliśmy.

Czas stanął nagle w miejscu. Palce wstrzymały ruchy, przestały stukać w klawiaturę. Spojrzałam na nich tak, żeby nawet nie poczuli na sobie mojego wzroku. Żeby nic nie było wstanie zakłócić tej historycznej chwili. Czułam jak wszystko wokół wstrzymało oddech, unosząc się nad moimi dziećmi, a ja ze wszystkich sił starałam się, aby niepotrzebnym gestem lub słowem, nie zepsuć tego wydarzenia.

W głowie przewinęło mi się tysiące myśli, przez te kila sekund. Zachwyt nad uczuciem łączącym moich synów. Radość, która chce rozerwać serce – tak bardzo rosnące od owej świadomości i dumy. Wzruszenie, cisnące mi do oczu łzy. I nagle smutek. Bo widząc ile pozytywnych emocji, daje taki prosty gest, zadaję sobie pytanie: Dlaczego jako dojrzali ludzie, nie wykonujemy takich poczynań? Czy nie pamiętamy swojego dziecięcego oblicza, które było szczere i proste, w odbieraniu świata i przekazywaniu emocji?

Myślę o tym, jak dużo moglibyśmy zmienić w dzisiejszej codzienności, zdobywając się na spontaniczne wyznania tych oczywistych rzeczy.

Nie analizując, co wypada powiedzieć, a czego nie przystoi. Nie zastanawiając się, czy godzi nam się wystrzelić z jakimś stwierdzeniem, albo czy zbyt nie naruszymy intymności dopiero co, spotkanej osoby.

Jakże mogą być krzywdzące dla drugiej osoby słowa: dobrze, że jesteś, ślicznie wyglądasz, jesteś mądry, jesteś odważna, jestem z ciebie dumna.

Nie mogą.

Mogą jedynie otworzyć czyjeś serce. Zakleić ranę, wywołać uśmiech. Wzbudzić zachwyt, nawet, jeśli nie od razu i przy zatwardziałej minie, poważnej, zatroskanej o jutro i martwiącej się o przyszłość. – To później. Kiedy już zwolni się tempo i przystanie na chwilę za rogiem kolejnej mijanej ulicy.

Szczere słowa, spontaniczne okazywanie uczuć i prostota serca, rzucona w drugiego człowieka, naprawdę mogą odmienić czyjąś rzeczywistość.

Nawet nie wiemy, że zdobywając się w danym momencie na gest dobroci, dajemy dokładnie to, czego ktoś rozpaczliwie w tej chwili potrzebował. Może nawet, nie zdając sobie z tego sprawy.

Niejednokrotnie, niektórzy z nas, chcieliby posiadać nadprzyrodzone moce, czy znać kilka przydatnych magicznych słów, żeby coś w życiu zmienić.

Dlaczego zapominamy o tym, że mamy dużo więcej niż kilka zaklęć? Posiadamy całą księgę słów, mających wielka moc. Mamy całą gamę mocy, mogących zmienić świat.

Wystarczy sięgnąć i zacząć używać. – Swojego Serca.

Niedziela Miłosierdzia

Otwarte Serce. Otwarte Ręce.

Trzeba korzystać i biec do Źródła Wszystkiego. Brać garściami z wdzięcznością.
Korzystać, ale też dawać.
Uczynki dobroci względem drugiego, są baaaaardzo ważne i konieczne!
Każdy ma coś, co może ofiarować komuś idącemu obok.
Kiedyś czytałam, że nieraz to, co my mamy od zawsze, jest nieosiągalnym pragnieniem kogoś innego.
Możemy zmienić czyjś świat, życie, serce, myśli, jednym naszym słowem, gestem, spojrzeniem…

‌Jedną z możliwości dania czegoś z siebie – dosłownie  😉 – jest zarejestrowanie się w bazie potencjalnych dawców szpiku. – DKMS.
Wystarczy wejść na stronę:

https://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca

Zarejestrować się i poczekać na paczuszkę. 🙂
Następnie pobrać wymaz, wypełnić formularz i  odesłać.
Nie ponosimy żadnych kosztów!
Musimy poświęcić tylko kilka minut i być gotowym oddać, w razie potrzeby, swój szpik.

Jestem w bazie już 5 lat <3 z jednej strony cieszę się, że mój genetyczny bliźniak jest zdrowy, a z drugiej, – wyczekuję dnia, kiedy będę mogła pomóc, uratować komuś życie <3

#niesamowiteuczucie #jestemzdkms