Zachwyt

I jak tu się nie zatrzymać przy takim widoku. Jak się nie zachwycić? Nie westchnąć do Stwórcy? Jak nie poczuć Jego obecności?
 
Może On, specjalnie podrzuca tam taki widok, kiedy śpieszymy się, biegniemy, nawet, jeśli nie fizycznie, to swoimi myślami. Przelatujemy jak burza z pokoju do pokoju, z kolejnym zadaniem, obowiązkiem, misjom. Kątem oka zauważamy, że coś się właśnie wydarza. Że chyba jakiś niecodzienny widok, maluje się za oknem. Tuż obok nas. Za ścianą, za którą pędzi tylko wiatr, ale nie dlatego, że musi, a dlatego, że może.
 
My także możemy robić to, do czego jesteśmy przeznaczeni. Nasze życie nie musi być melodią, wygrywaną przez chwyty, które ktoś nam podyktuje. Możemy improwizować! 🙂 Możemy marzyć i pragnąć, ale przede wszystkim – możemy i powinniśmy! Za tymi zamysłami naszego serca podążać!
 
Tak często boli nas to, że ktoś bliski nie chce zekranizować poematu, jaki po cichu pisze się w jego sercu. Nie, dlatego, że koniecznie chcemy mieć powód do zmartwień, ale przez to, że zakosztowaliśmy takiej wolności i odwagi. Zechcieliśmy usłyszeć, co tak naprawdę jest ważne, a później o to zawalczyliśmy, i poczuliśmy jak smakuje – spełnienie…
 
Nie możemy przeżyć czyjegoś życia za niego. Nie możemy także zmusić go, żeby posłuchał naszych rad, chociaż jesteśmy przekonani, że są dobre. Możemy tylko przełykać kolejne kęsy żalu i rozczarowania. Brać następne oddechy, które ciężko przychodzi nam zaczerpnąć, przez dławioną w sobie złość, na upartego człowieka, którego kochamy tak bardzo, że chcemy jego największego z możliwych – życiowego uniesienia.
 
Po tym wszystkim, pozostaje nam jedynie westchnąć do zachodzącego słońca. Pożalić się pięknemu krajobrazowi, że przecież chcieliśmy dobrze, ale – zwyczajnie nam się nie udało.
 
Słońce zaś, ostatnim promieniem dnia, prześle do nas nadzieje, że może jednak nie wszystko jeszcze stracone. Bo jeśli jutro uda mu się wzejść, jeszcze jeden, kolejny raz, to ktoś inny się zatrzyma, zachwyci – zmądrzeje, i zadziała. W kierunku swojego spełnienia…

#tomniezmienilo – Czyli jak Bóg przewodzi nauki przez kable mojego routera.

Internet. Błogosławieństwo i przekleństwo naszych czasów. – Z jednej strony ofiaruje nam w darze cały wachlarz przeróżnych opcji, z drugiej – uzależnia nas od siebie i wszelakich urządzeń elektronicznych.

Bliskie spotkanie z siecią, miało duży udział w zachodzących we mnie zmianach. Być może niektórych to rozczaruje, ale nie zmieniła mnie jedna – konkretna, napotkana w Internecie rzecz.

Któregoś dnia, zauważyłam w swoim salonie jeszcze jedno, dodatkowe okno. – Musiało być wcześniej zamurowane. Ujrzałam je w bardzo ważnym dla mnie okresie. Zobaczyłam dokładnie wtedy, kiedy ogromnie tego potrzebowałam. Od razu podbiegłam, żeby je otworzyć. Był to czas, kiedy napisałam pierwszy i najważniejszy tekst w swoim życiu.

Przełom, jaki przeżywałam w swojej twórczości, wymagał, abym znalazła sposób na dotarcie ze słowem do jak największej ilości ludzi. Jak to zrobić, nie mając środków finansowych, znajomości ani wysokiej pozycji społecznej? Tylko moc i zasięg Internetu, dawały mi jakiekolwiek szanse.

Postanowiłam otworzyć owe okno na oścież. Musiałam to zrobić, bo w końcu posłuchałam ciągłych ponagleń i szturchańców od Ducha, żebym ruszyła swoje cztery litery i zabrała się za dostrzeżenie, a następnie rozwijanie swojego talentu.

Wtedy właśnie rozpoczął się proces mojej przemiany, jako osoby wierzącej. Stało się to za pomocą trzech MOŻLIWOŚCI, jakie dostrzegłam przez ramy owego okna, na horyzoncie.

– DOSTEPNOŚĆ. Internet pokazał mi, że kilkoma kliknięciami, mogę dotrzeć do ogromnej ilości ludzi. Nie potrzeba zbyt wiele wysiłku, żeby móc wysłać swoją wiadomość do każdego, kto przyjdzie nam na myśl. W tym także celebrytów czy znanych osobistości w świecie katolików. Zobaczyłam, że na wyciagnięcie ręki mam cały świat, o którym wcześniej mogłam tylko pomarzyć – a mianowicie niezliczoną liczbę społeczności, fanpage’ów i grup, w której mogę dzielić się swoją wiarą, zadawać pytania i dostawać odpowiedzi. Rozwijać swoje duchowe potrzeby.

– ŚWIADOMOŚĆ. To druga możliwość, jaką pokazała mi sieć, przyćmiewająca niejako wspaniałość tej pierwszej: To, że mam dostęp do tych wszystkich miejsc i ludzi w Internecie, wcale nie znaczy, że oni mi odpowiedzą. Kiedy pisałam książkę, byłam przekonana, że jestem na wygranej pozycji – Piszę przecież o wierzę, nadziei i miłości. Moją misją jest niesienie Boga i zarażanie wiarą. Jakim cudem ludzie mający taki sam cel, którzy osiągnęli sukces i szerokie grono odbiorców – mieli by mi nie pomóc? Przecież to moi sprzymierzeńcy.

Internet uświadomił mi, że mogę się porządnie zawieść na swoich braciach i siostrach w wierze. Ale zaraz po tym – dał dostrzec, że to wcale nie musi być dla mnie złe, wręcz odwrotnie. Obojętność mojej wspólnoty, może być jej ogromną dla mnie przysługą, pomocą w moim rozwoju i wzroście.

SŁOWO. Tak, Internet daje nieocenioną możliwość dotarcia do mnie Słowa. Codziennie czytam Pismo, jednak bardzo często nie rozumiem jego treści w stu procentach. Dzięki rozmaitym konferencjom, kazaniom, naukom i cytatom, które znajduję w sieci, rozumiem dużo więcej. Niejednokrotnie treści znalezione w Internecie podnoszą moją wiarę, dają zrozumienie i pomagają w rozeznawaniu woli Bożej.

Te trzy możliwości zmieniły mój pogląd na wiarę, moje spojrzenie na wspólnotę. Nauczyły następujących prawd:

– Należę do wspólnoty, która nie ogranicza się tylko do mojej rodziny czy parafii. Jest masa ludzi wierzących, moich braci, którzy mają cudowną wiarę i relację z Bogiem. I co najważniejsze – dzielą się swoimi skarbami, za pomocą Internetu. Są to zwykli ludzie, jak ja, którzy, mimo, iż udało im się odnieść sukces w mediach społecznościowych – mają swoje troski, kłopoty i rozterki w codziennym życiu. – ZUPEŁNIE JAK JA. I radzą sobie ze wszystkim, bo żyją z Nim. Zrozumiałam, że ludzie w bliskiej relacji z Bogiem, nie mają monopolu na powodzenie i nietykalność przez zło.

– To, że moja wspólnota – Kościół, nie zawsze odpowiada na moje prośby, nie jest złośliwością z jej strony. Wynika to z tego, że tej pomocy tak naprawdę nie potrzebuję. Nie jest tak, że nie mogę oczekiwać wsparcia od innych chrześcijan. Po prostu w niektórych sprawach muszę zawalczyć o swoje – sama. Jeśli mi na czymś zależy, muszę po to sięgnąć.

– Nie zawsze to, co ja akurat wymyśliłam sobie za cudowny plan dotarcia do celu – jest tym właściwym sposobem. Poprzez porażki, zawody, czy niespełnienie moich oczekiwać, Bóg mówi mi, że powinnam pójść inną drogą, poczekać, albo zrobić wszystko zupełnie inaczej. Pokazuje mi wtedy, że to, czego pragnę – przyjdzie. I dostanę nawet więcej niż oczekiwałam, ale dotrze to do mnie, przez zupełnie inne ścieżki i pod kompletnie innymi postaciami, niż w moim zamyśle.

Proces mojej zmiany się nie skończył. Codziennie używam Internetu do tego, żeby osiągać swoje cele. On natomiast, codziennie daje mi dostęp, świadomość i słowo, z których czerpie ile tylko się da, aby nieustannie dowiadywać się coraz więcej o sobie i Bogu.

27 godzin bóli porodowych – żeby zrozumieć istotę miłości.

Dwa lata temu o tej porze, złorzeczyłam w stronę nieba. Tak samo trzy i pól roku temu. Miałam ochotę wybrać się tam i skopać tyłek Adamowi i Ewie, za to, że zjedli to cholerne jabłko. Teraz przez ich słabość, ja męczyłam się przy bólach porodowych.

A przecież to wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie złe wykorzystanie przez człowieka wolnej woli. Zresztą wtedy był to pierwszy i niestety nie ostatni raz…

Pierwsi ludzie przez swój zły wybór zafundowali nam obietnicę cierpienia i trudów.

Kiedy teraz o tym myślę, dociera do mnie, że jestem im wdzięczna. Któregoś dnia, stanę w drzwiach Raju, tam zacznę idealne życie bez bólu. Wieczne szczęście.

A teraz? Dzięki temu, że poczułam w sobie życie moich dzieci a później wydałam je na świat, w takich a nie innych okolicznościach – jestem z nimi związana tak mocnym uczuciem. W ogromnych bólach, narodziło się moje WSZYSTKO!

Miłość – taka prawdziwa i silna do granic wyobraźni. Nie tylko mnie, jako mamy do naszych synków, ale również, jako żony do mojego męża. Ta, z każdym kolejnym skurczem, zawiązywała niewidzialny węzeł na naszych dłoniach. Tak samo jak przewiązał je stułą ksiądz, kiedy udzielaliśmy sobie sakramentu małżeństwa.

Więź, której nie jest w stanie zniszczyć żadna istniejąca we wszechświecie siła. Ona zaś zawiązywała się miedzy nami, każdego dnia od naszego poznania, poprzez narzeczeństwo, małżeństwo i wreszcie rodzicielstwo – zaczynające się w momencie, w którym dowiedzieliśmy się, że Bóg nam pobłogosławił i spełnił nasze pragnienie – wzięcia udziału w cudzie stworzenia.

Miejsce na ziemi, które jest moim właściwym i dopasowanym otoczeniem.

Rodzina, która dopełnia moja istotę i wydobywa ze mnie prawdę. To ona – oni, pozwalają mi być sobą. Szczęśliwą i spełnioną.

Byłam zmęczona, bardzo mnie bolało i nie chciało się skończyć. Miałam ochotę się poddać, zniknąć, nie czuć…

Ale już za kilkadziesiąt minut, zostało mi to całkowicie wynagrodzone. Dzięki całemu trudowi, w sumie dwudziestu sześciu godzin – podczas dwóch porodów 😀 tak bardzo mocno poczułam i doceniłam swój skarb. Patrząc po raz pierwszy na Szymona a później Jeremiasza – dostrzegłam dar, jaki dostaliśmy. To wspaniałe – i nasze -dwadzieścia siedem godzin.

Teraz wiem, że tamte bóle były początkiem i łatwizną. Prawdziwy trud, ból i wyzwanie, to bycie dobrym rodzicem – wychowawcą dla swoich dzieci. Równoczesne bycie ich powiernikiem, przyjacielem, mentorem i rodzicem.

Największy życiowy egzamin, to sprostać każdemu z wymagań, spełnić każdą z ról a przy tym wszystkim i to najważniejsze – nie zniszczyć swoich dzieci, siebie i łączącej nas więzi.

Czy zdamy – dowiemy się dopiero po latach codziennych zmagań, prób, błędów, wyzwań i porażek. Jednak każda z tych rzeczy, będzie naszym zwycięstwem, jeśli pozostaniemy konsekwentni w swoich założeniach i elastyczni w zasadach.

A to, co najważniejsze i zapewni nam prawdziwą relację i zdrowe życie każdego z członków naszej rodziny, to niezachwiane bycie wiernym swojemu sercu i ciągłe otwarcie na te nauki i podpowiedzi, które nasza intuicja uzna za dobre oraz właściwe.

Sens

Daj mi usłyszeć Twój głos…

Często chcielibyśmy usłyszeć głos Boga. Moja siostra zawsze mówiła, że chciałaby spotkać Jezusa na ulicy. Móc do Niego podejść, kiedy będzie karmił gołębie gdzieś na chodniku. Po drugiej stronie drogi, którą ona akurat będzie przechodziła.

Kiedy słuchałam jej wypowiadanego już ze sto razy życzenia, myślałam sobie, że to takie dziecinne. Dlaczego chciałaby zobaczyć Boga akurat w takiej sytuacji? I co zrobiłaby później? Przecież wszyscy, którzy uważali, że objawił im się Jezus czy Maryja, byli uważani za dziwaków i raczej szykanowani przez otoczenie.

Dziś wiem, że to pragnienie w jej sercu, to chęć doświadczenia Boga bliskiego. Takiego ludzkiego kontaktu z Nim. Wyobrażam sobie, że podeszłaby do Jezusa, przywitała się i ucięła sobie pogawędkę, zadając tysiąc pytań – jak to ma w zwyczaju. I bardzo dobrze!

Teraz rozumiem, że pragnienie mojej siostry jest infantylne, ale dzięki temu takie prawdziwe i piękne.

 

Czasami, mimo bezchmurnego nieba, nad naszymi głowami pojawiają się chmury. I to te ciemne.

Gromadzą się w naszych myślach, kiedy słyszymy o nieszczęściach, które spotykają ludzi wokół nas.
Utożsamiam się z tymi sytuacjami, zakładam czyjeś buty i przeżywam, w sobie, próbując wyobrazić sobie zło, które oni niestety spotkali.

Gorsze sytuacje w naszym życiu, które przy owych tragediach są głupotą, dodają też oliwy do ognia.

Któregoś dnia siedziałam rano przytłoczona takimi właśnie sprawami. Zaczęłam rozmawiać z Górą. Powierzać im te okropne rzeczy. Prosić o pomoc.
Z każdą kolejną intencją, było mi coraz bardziej głupio. – Że tyle próśb, że tak jakoś żebram, że to może za dużo, żeby dać sobie spokój.
– Ale nie przestałam. Jeszcze głośniej wołałam do Maryi. Mam takie poczucie, że w pewnych sytuacjach to ona najlepiej zrozumie i przedstawi sprawy swojemu Synowi. Bo ona jest Mamą, Kobietą silną i waleczną. Przeszła na ziemi niewyobrażalnie ciężkie chwile. Takie, które wywołują ciarki na mojej skórze, kiedy o nich myślę.

I Ona nigdy się nie skarżyła. Nie poddała się. Miała w sobie siłę. Zawsze żyła w niej Wiara, Nadzieja i Miłość. Dlatego właśnie dalej oddawałam jej swoje bolączki, choć w takiej chwili nasza wiara i nadzieja słabną – chociaż my potrzebujemy, żeby były mocne i stanowcze.

Kilka godzin później przechodził koło mnie mężczyzna, który powiedział do swojej córki: ” Dobrze, że ta dziewczyna się za wszystkich modli.”
Dziwna sytuacja? Nie wiem. Nie mam zamiaru tego roztrząsać.

Usłyszałam. Zrozumiałam. Zapłakałam. – Czasami musimy być tam gdzie nie chcemy, żeby móc Go usłyszeć. Znów nabrać pewności. Kolejny raz dowiedzieć się, że jest sens. Zawsze!Że nie jesteśmy sami!
Że On zawsze słyszy, rozumie.

Daje nam siebie nawzajem, żeby o siebie dbać. To po to, jest obok nas drugi człowiek. Nieraz jest to brat czy siostra, ale często też znajomy, ktoś przypadkowo na ulicy. Znajomy znajomego.
Po to mamy siebie, aby trzymać za dłoń, powierzać w modlitwie, podciągać w stronę Nieba…Na zmianę. Raz jednej, raz drugi, które z nas akurat w danej chwili ma więcej siły.

Musimy to robić! Tym mocniej i bardziej, kiedy mamy wrażenie, że to nie ma najmniejszego sensu.

Nie każmy pragnieniom czekać…

Niedawno rozpoczął się Nowy Rok. Często przy tej okazji wyznaczamy sobie jakieś cele. Obiecujemy sobie, że zmienimy coś w swoim życiu przez tę kolejną określoną przez kalendarz ramę czasową. Zazwyczaj nasze założenia są związane z życiem codziennym, przyzwyczajeniami, relacjami z bliskimi i w każdym z tych wypadków równają się pracy nas sobą.

Myślę, że samo w sobie pragnienie zmian nie jest złe, zastanawiam się tylko z czego wynika taka potrzeba. Czy to niewłaściwe, że kiedy mamy teoretycznie wszystko – pragniemy jeszcze więcej?

A może wcale nie chcemy już niczego od życia, poza świętym spokojem, ale skoro to takie modne, to my tez musimy wystartować w owych zawodach „bycia na topie” i na siłę poszukać sobie zadania, o którym będziemy mogli na fejsie albo ista ogłosić całemu światu, niekoniecznie mając choćby najmniejszy zamiar, by podjąć się jego zrealizowania.

Każdy z nas ma swoje powody do robienia listy wyzwań na kolejny rok. I o ile same bodźce do ich powstania, nie zawsze są górnolotne, to sam fakt, że robimy choćby krok do przodu jest wspaniały.

Zastanawiam się dlaczego akurat rozpoczęcie Nowego Roku jest czasem sprzyjającym pojawianiu się chęci zmian. Dochodzę do wniosku, że dzieje się tak dlatego, iż zamykamy jakiś rozdział w swoim życiu, albo przynajmniej staramy się z niego rozliczyć. Podsumować swoje osiągnięcia, wspomnieć porażki.

Takie momenty są nam bardzo potrzebne, ponieważ jeśli dobrze je wykorzystamy – nauczymy się bardzo wartościowych rzeczy: Nie popełnimy więcej takich samych błędów, wyciągniemy wnioski ze swoich decyzji i następnym razem postąpimy rozważniej, przemyślimy zaistniałe sytuacje, żeby dowiedzieć się prawdy o sobie i  innych ludziach, żeby w końcu – kolejny raz – dowiedzieć się czegoś o świecie, na którym żyjemy.

Mamy w sobie potrzebę motywacji. Kopa od kogoś lub czegoś, który pobudzi nas do zapragnięcia zmiany. Często jest to ta prostsza część całego zamieszania. Bardzo łatwo jest nam się zapalić do jakiegoś pomysłu. Jeszcze prościej przychodzi nam się rozwodzić w myślach nad tym, jak wspaniale byłoby wówczas, kiedy nasze plany i marzenia się ziszczą. I niestety – najczęściej na tym, nasze działania się kończą. Bo dopiero w kolejnej części jest czas na naszą pracę. To właśnie później musimy – pozostając wierni swoim marzeniom – działać.

Musimy być bardzo silni i uparci i powinniśmy uświadomić to sobie już wtedy, kiedy w naszym sercu rodzi się pragnienie. Nie obejdzie się bez braku cierpliwości, gorszych dni zwątpienia i bezsilności. Nie chodzi mi broń Boże o to, że mamy się na samym początku zniechęcać i katować negatywnymi myślami – absolutnie nie. Po prostu tak postępując, staniemy lepiej uzbrojeni do walki o swoje marzenia. To, że nie będziemy dopuszczać do siebie myśli o czekających na nas zagrożeniach – nie sprawi, że one zniknął. Będąc świadomymi możliwych trudności, od razu przystąpimy do działań zapobiegających dopuszczeniu ich do głosu, a w frazie potrzeby – od razu przejdziemy do ataku. Nie wdając się w bezsensowną dyskusje z przeciwnościami czy nie tracąc czasu na rozpoznanie niebezpieczeństwa i obmyślanie taktyki wojennej.

Dzięki temu zapewne szybciej osiągniemy swój cel a tym samym spokój ducha.

Nie ma nic złego w tym, że w swojej ludzkiej naturze potrzebujemy motywacji i wsparcia a czasami porządnego czochrańca, żeby wziąć się do roboty i działać. To wspaniałe, kiedy chcemy się rozwijać, zmieniać na lepsze i wzrastać. Nie jest ani trochę niewłaściwe to, że osiągając zwycięstwa w swojej potyczce z codziennością i własnymi słabościami wygrywamy, a przy tym –  pragniemy zdobywać kolejne tereny swojego serca, osobowości talentów i możliwości. Powiem więcej – jest to jak najbardziej piękne i wskazane! J

Jeśli tylko mamy swoje sposoby na napędzanie się siłą i emocjami potrzebnymi do działania, to wykorzystujmy je na maksa. Obdarowujmy się nimi nawzajem, dając sobie wsparcie w dążeniu do naszych celów. Bo każdy z nich, jeśli dotyczy poszerzania swoich grani, przełamywania wewnętrznych barier i zdobywania nowych umiejętności, to zdecydowanie będzie także niósł dobro i rozwój naszemu otoczeniu.

Przypominają mi się teraz słowa Papieża Franciszka, który podczas Światowych Dni Młodzieży, mówił tutaj, do NAS, że nie wolno nam siedzieć bezczynnie na kanapie. Wiem, że czasami bardzo ciężko jest ruszyć swoje cztery litery z jakże wygodnego, ciepłego i dobrze nam znanego – a przede wszystkim – naszego mebla. Wiem, że niejednokrotnie potrzebujemy tego bezpiecznego odpoczynku, jakie on nam oferuje. Doskonale zdaję sobie sprawę, że przyjemnie jest wyprostować kości i złapać oddech. I jest to jak najbardziej wskazane! Ale nie róbmy z chwili wytchnienia – zmarnowanych lat swojego życia.

Uwierzcie mi, że o wiele więcej cudownych emocji i wspaniałej satysfakcji doświadczycie wtedy, kiedy mimo zmęczenia i niechęci – wstaniecie. Kiedy weźmiecie głęboki wdech i krok po kroczku zaczniecie zbliżać się do lepszego ja  – a później do lepszego jutra. Żaden odpoczynek nie będzie lepszy, niż doświadczenie na własnej skórze pewności, że mogę bardzo dużo a nawet wszystko. Nie ma wygodniejszej kanapy od tej, na której przycupniemy na chwilkę, żeby oglądać efekty swoich codziennych zmagać, które w jednej chwili, zamienią  się w obserwowanie najwspanialszego spektaklu świata. – Naszego szczęścia i SPEŁNIENIA.

BOŻE Narodzenie

Dziś Boże Narodzenie,

dzień na który czekaliśmy od dłuższego czasu. Odczuwamy spokój. Tylko czy rzeczywiście jest on osiągnięty przez Narodzenie Jezusa, czy może dlatego, że to całe zamieszanie wreszcie się skończyło i możemy spokojnie usiąść na kanapie?

Mam wrażenie, że obecnie dajemy się porwać przygotowaniom do Świąt znacznie wcześniej a nasze zaangażowanie jest z roku na rok większe. Kiedy tylko przeżyjemy Święto Wszystkich Świętych, zaczyna się bieg do Wigilii. W mediach społecznościowych jesteśmy zasypani lawiną reklam dotyczących Świąt. Natomiast w sklepach gadżetami i produktami wypierającymi tym samym „wczorajsze” znicze i chryzantemy. W telewizji ukazują się zapowiedzi kultowego już filmu „ Kevin sam w domu”, aby uspokoić obawy widzów i potwierdzić, że i w te Święta nie zabraknie na antenie tego małego urwisa.

Nie mam nic przeciwko tej produkcji, sama chętnie spędzam czas z bliskimi na zanoszeniu się śmiechem -przy tych samych od lat – scenach. Mam jednak wrażenie, że większość wcale nie jest faktycznie zainteresowana filmem, tylko chce mieć możliwość kontrolowania kolejnej rzeczy i znów chce dostać to, co się odgórnie światu należy. /Co za tym idzie – niepozorny Kevin to już nie szczere intencje obejrzenia filmu, ale zaspokojenie swojego ego, i satysfakcji, że wszystko idzie po naszej myśli.

Wydaje mi się, że poddajemy się szaleństwu oraz wyścigowi, zamiast odnaleźć prawdziwy spokój i w te Urodziny, rzeczywiście spotkać się z Solenizantem. Cała otoczka Świąt sprowadza się do sprzątania i idealnego przygotowania domów na przyjęcie naszych bliskich. Mimo zmęczenia podróżujemy po sklepach i stoimy godzinami przy kuchennym blacie, żeby tylko sprostać wymaganiom i życzeniom kulinarnym naszych gości. Nie tak powinno być
Od początku Grudnia, powinniśmy zacząć zaciągać hamulec ręczny, a nie naciskać na pedał gazu. Powoli wyhamowywać swoje tempo życia. Wyciszać otaczającą nas codzienność, żeby usłyszeć bicie własnego serca, i dzięki temu zbliżyć się do swojego wnętrza, a później do serc oraz dusz naszych bliskich.

Powinniśmy podjąć działania, które coś zmienią, a nie powtórzą coroczny Świąteczny schemat.
To są Boże Narodziny, które chcą i mogą przynieść nam nowe początki, pokazać nasze możliwości, poszerzyć granice naszych uczuć i pokonać słabości. Dzięki temu wydarzeniu, w życiu każdego z nas, mogą dziać się cuda.
W tym roku brałam udział w adwentowym wyzwaniu internetowym, proponowanym przez portal deon.pl. Jako uczestnik miałam możliwość wyboru kategorii: dla związków, singli, księży, sióstr zakonnych. Idea na tyle mi się spodobała, iż podsunęłam ten rodzaj „zabawy” także mojemu mężowi. To nie było zobowiązanie związane tylko z modlitwą, Bogiem czy Kościołem. Przede wszystkim, dostaliśmy wspaniałą możliwość poznania siebie na nowo, odnowienia swoich uczuć i powiedzenia sobie rzeczy, których sami nigdy byśmy nie wypowiedzieli. Był to moment przypomnienia o rzeczach spychanych na margines w codziennej bieganinie a które tak naprawdę mogą pomóc rozwiązać nam nasze problemy i przekuć złe emocje w prawdziwe szczęście.
Nie umyłam wszystkich okien w domu podczas adwentu, ale zrobiłam coś o wiele ważniejszego. Wzbogaciłam się o całe kilogramy miłości, spojrzałam na siebie oczami tych, których kocham i którzy kochają mnie.

Myślę, że o to właśnie chodzi Jezusowi, żebyśmy poświęcili czas sobie. Wreszcie zobaczyli otaczające nas osoby i w końcu, w Boże Narodzenie – usiedli z Nim. Sam na sam, w zaciszu naszych domów, pełnych wzajemnej miłości – a nie zapachu płynu do podłogi.
Jestem pewna, że większość z Was, jest tak po prostu zmęczona obecnym trybem życia. Dzisiejszym zabieganiem i ciągłą walką z za krótką dobą. Marzycie o chwili wytchnienia, wakacjach i spokoju. Dalibyście dużo za wypicie kawy w ciszy, ale także pragniecie momentu szczerego spojrzenia w oczy kogoś kogo Kochacie i tak aby w jednej chwili – być centrum jego świata.
Że zwyczajnie potrzebujcie prawdziwego spotkania z tymi, którzy są dla Was ważni. Bez telefonów i patrzenia na zegarek, bez myśli z tyłu głowy, że musicie zrobić jeszcze masę rzeczy i dopełnić swoich obowiązków.

– Po prostu to zróbcie Kochani. Zacznijcie teraz, w Boże Narodzenie. Przenieście się te dwa tysiące lat w przeszłość. Złapcie się za ręce i popatrzcie na szczęśliwe oczy Maryi, która mimo ciężkiej podróży w dziewiątym miesiącu ciąży na ośle, nie straciła nadziei.
– Zobaczcie radość tej rodziny ze swojej obecności i bliskości, mimo iż właśnie przeżyli poród w stajni.
– Popatrzcie na ufność tej kobiety, która musi położyć swojego nowonarodzonego synka w brudnym i zimnym żłobie. Ona jest za to wdzięczna, bo docenia prawdziwe wartości. Każdy z nas może mieć taką siłę i mimo otaczającego nas świata, problemów i pędzących zegarów – krok po kroczku – zwalniać.

Popatrzmy z miłością na siebie, później na tych, z którymi trzymamy się za ręce. Popatrzmy na Boga.
Teraz już możemy wszystko.
Spokojnych Świąt! Pełnych spojrzenia na to, co naprawdę ważne.

Wyżyny przyjaźni…

 

Nie wiem jak często wyjeżdżacie na wakacje, wycieczki, weekendy. Ja jestem raczej domatorką i tak się szczęśliwie złożyło, że mój mąż również. Od kiedy mamy swój dom, każdy nasz wyjazd kończy się tak samo, zaczynamy tęsknić za swoim kątem i dochodzimy do wniosku, że najbardziej lubimy spędzać czas razem, u siebie. Inaczej jest kiedy jesteśmy całą czwórką, inaczej kiedy spędzamy czas we dwoje, i jeszcze inaczej, kiedy wybieramy się gdzieś osobno, na babskie i męskie wyjazdy. Mimo tego, że najlepiej czujemy się w domu, mamy świadomość, że takie momenty są potrzebne każdemu z nas, również dzieciom. Podczas wyjazdów poznają nowych ludzi, widzą nowe miejsca, doświadczają nowych rzeczy. My natomiast, podczas wypadów bez maluchów, odpoczywamy i ładujemy baterie, zarówno te fizyczne jak i duchowe. Mając czas i zwolnienie od codziennych obowiązków, możemy spędzić chwile w ciszy, sam na sam ze sobą samym i bliskimi naszemu sercu.

W ostatnim czasie, udało mi się wyjechać na taki babski weekend, calusieńki, pierwszy raz od bardzo dawna. Nadarzyła się ku temu niecodzienna okazja, ponieważ świętowałyśmy z przyjaciółkami osiemnastolecie naszej przyjaźni. Byłyśmy mocno zdeterminowane, żeby wreszcie nasz wyjazd doszedł do skutku. Nie jest to łatwe, ponieważ każda z nas ma swoje życie. Każde jest zupełnie inne od pozostałych, chociaż na pierwszy rzut oka może wydawać się inaczej. Pobyt w górach dał mi bardzo wiele. Nowe myśli,  ciekawe chwile, refleksje. Poznałyśmy się kiedy byłyśmy dziesięciolatkami. Przez te wszystkie lata bywało różnie, wiadomo. Jednak ciągle utrzymujemy ze sobą kontakt, wspieramy się, przyjaźnimy. Nie wiem jaka jest dokładna definicja przyjaźni, na pewno każda z nas przezywa ją inaczej, rozumie na swój sposób. Mamy wobec swojej relacji przeróżne oczekiwania i potrzeby. Niejedna z nas, chciałaby żeby było jak dawniej. Nie rozumie wyborów i decyzji pozostałych. Czas jednak leci, rzeka płynie i my ciągle biegniemy. Świat wokół nas nie jest już jest już ten sam. Nie chodzimy do szkoły po której wracamy do domu i poza kilkoma obowiązkami możemy spędzać czas z przyjaciółmi. Jesteśmy już dorosłe. Jesteśmy żonami, matkami, kobietami. Jesteśmy tymi dorosłymi, których w dzieciństwie tak często nie rozumiałyśmy. Teraz to my musimy zadbać o swoje rodziny. Utrzymać domy, opłacać rachunki, pracować. Teraz jest czas, kiedy chcemy poświęcać się swojej rodzinie, być z bliskimi, wzrastać codziennie w miłości. To dziś ja i Ty, mamy swoje drogi, którymi tworzymy własne życie. To właśnie teraz jest czas na naszą walkę o byt, obecność, miłość i szczęście. Popełniamy błędy, wyrywamy od życia to, co jest na potrzebne, wspinamy się na wyżyny, zabiegamy o swoje cele. To jakie jesteśmy teraz, jest skutkiem naszej znajomości. Przecież zanim wzięłyśmy udział w dorosłym życiu, kształtowałyśmy się wzajemnie , każdego wspólnego dnia. Teraz zmagamy się każda ze swoją codziennością. Nie mamy czasu, żeby widywać się tak jak dawniej, ale czy to nie piękne, że ciągle mamy siebie za plecami? Cały czas darzymy się emocjami, uczuciami i pamięcią. Jest wśród nich masa tych złych. Ogrom niezrozumienia, pretensji i żalu. Może dlatego, że ciągle jeszcze zbyt dużo oczekujemy od drugiej strony. W takiej dojrzałej relacji nie można oceniać i wymagać, ale akceptować wspierać. Nie jesteśmy razem dlatego, że ktoś nas do tego zmusza, ale dlatego, że się kochamy, potrzebujemy i chcemy. Każda daje z siebie tyle, na ile pozwala jej życiowa sytuacja. Ile może. Chociaż zapewne często chciałaby dać więcej.

W szkole często zabiega się o uwagę drugiego człowieka mimo wszystko, czasami robiąc nawet coś wbrew sobie. Może dzieje się tak z obawy przed samotnością, prestiżem klasowym i społecznym. W dojrzałym świecie przyjmuje się to, czy ktoś nas wybiera, czy nie. I szanuje się ten wybór.  Myślę jednak, że pojawiające się złe emocje to nic w porównaniu z mocą naszej relacji. Bo ciągle trwamy. Już osiemnaście lat.

W górach mogłam spać do godziny 9.00. Pierwszy raz od ponad trzech lat. Te dwie noce uwieńczone wspaniałymi porankami były niezwykłe. Budziłam się i pierwszymi osobami jakie widziałam były te, które towarzyszą mi większość mojego życia. I chociaż zmieniły nam się priorytety, chociaż na co dzień jesteśmy zabiegane i zajęte oddawaniem się swoim wyborom i dążeniem do wyznaczonych sobie celów, to każda z nas ma w głowie pozostałe. Nie ważne na jakim poziomie serca, nieistotne pod jaką nazwą relacji. Ciągle trwamy.

Było mi ciężko rozstać się z rodziną na cały weekend. Kiedy nadszedł czas powrotu, nie mogłam doczekać się momentu, w którym zatopię się w objęciach moich chłopaków. Ze wzruszeniem tuliłam dzieci, myśląc o tym, jak bardzo jestem wdzięczna za momenty spędzony z przyjaciółkami. Jak bardzo się cieszę, że spędziłyśmy wspólnie czas, jak za dawnych lat. Skakałam z radości, móc spać dłużej niż pięć godzin ciągiem. Jednak przede wszystkim myślałam o tym, że na nic mi sen i beztroska, jeśli miałabym wrócić do pustego domu, wolnej przestrzeni, w której miałabym czas dla siebie. Byłabym zwyczajnie nieszczęśliwa, pusta i niespełniona.

Wolne chwile są potrzebne. Moje odnowiły więzi z czasów szkolnej ławki i zbliżyły na nowo do bardzo ważnych dla mnie osób. Przeniosły w czasie i sprawiły, że wspomnienia odżyły. Przypomniały jak wyglądało moje życie, przed tym, które mam teraz i dzięki temu uświadomiły – po raz kolejny – że jestem dokładnie w swoim na świecie miejscu.

„Kochaj i czyń co chcesz”

 

Mówi się, że dobro wraca. W dzisiejszych akcjach charytatywnych na portalach społecznościowych, powtarza się to zdanie jak mantrę. Czasami mogłoby się wydawać, że to taki chwyt marketingowy, a fundacje wraz z celebrytami powtarzają dane hasło, aż do znudzenia.

Czy nie jest jednak tak, że to zdanie ma w sobie jakąś moc? Kiedy na końcu apelu czy wiadomości związanej z prośbą o pomoc, ktoś wypowiada takowe słowa, to czy nie porusza to naszego sumienia?

Ja wierzę, że nie są to tylko z uczuciem wypowiedziane dwa słowa. Dla mnie, jest to prawda. Zazwyczaj, kiedy dociera ona do moich uszu, zaczynam się nad nią zastanawiać. Oczywiście rozpoczynam te refleksje od swojej osoby. Nie zrobiłam w życiu jakoś ogromnie dużo dobra. Jestem wrażliwa na krzywdę innych i zawsze moim odruchem jest chęć pomocy. Nie zawsze jednak mam do tego środki, czas i możliwości. Zawsze wzdycham w sprawie takiej osoby do Boga. Zawierzając jej los Komuś najbardziej Kochającemu i Wszechmogącemu. Tylko tyle mogę zrobić.

Patrząc na drugą stronę mojego życia, w ostatnim czasie doświadczam ogromnie dużo dobra od moich bliskich, od otaczających mnie ludzi. Myślę sobie wtedy – jak to możliwe, że Bóg obdarzył mnie aż taką ilością Aniołów? Zawsze w takiej sytuacji jest mi potwornie głupio, że nie mogę się odwdzięczyć, że kolejny raz to ja potrzebuję wsparcia, zamiast je rozdawać. W każdej takiej sytuacji robi mi się ciepło w sercu. Mam wtedy wielką potrzebę szczęścia – dla tych dobrych dusz. W takiej chwili również zaczynam krzyczeć w stronę Nieba. Żeby odwdzięczyło się za mnie. Proszę, żeby oddało dobro, w moim imieniu.

Może to dla kogoś nic nie znaczy. Może ktoś sobie myśli: też mi wielkie rzeczy, cóż mi z jej modlitwy. Ale tak sobie myślę – może już wdzięczność obdarowanej osoby, życzenie jej szczęścia i szczera chęć odwdzięczenia się, to już właśnie to dobro? Wyobrażam sobie masę takich dobrych życzeń i westchnień pełnych wdzięczności, jak z ogromną prędkością i siłą uderzają o chmury. Pędzą jak oszalałe, wypuszczane z radujących się serc, zostawiając po sobie ślad w miejscach i ludziach, którzy staną im na drodze.

Nie wiem czy dobrą motywacją do czynienia dobra, jest oczekiwanie za nie, dobra dla siebie. Nie wiem, czy lepsze jest jego niesienie, nie zwracając uwagi na nagrodę za nasze zachowanie.

Wiem jedno: nie ważne za sprawą, jakich bodźców wyjdziemy komuś naprzeciw, podamy rękę, wyślemy uśmiech, okażemy pamięć, podarujemy wsparcie materialne – to dobro zostanie dane. Wykona się wspaniały akt dobroci, który oczekującemu na czyjąś pomocną dłoń, odmieni życie. I to dobro już nigdy nie zniknie. Będzie krążyło po całym świecie, gdzieś między niebem a ziemią. Nie wiadomo jak długa będzie jego droga i w jakim miejscu się zakończy. Być może przeżyjemy całe swoje życie w przekonaniu, że za uczynione dobro nie uzyskaliśmy choćby najmniejszego wyróżnienia, i wtedy właśnie, spotkamy je u kresu swojego życia. Dużo większe niż wtedy, kiedy je czyniliśmy. Dojrzałe i pełne, ponieważ wypełniło swoją misję- zostało przez nas wypuszczone i dane dla innych.

Kto wie, może to właśnie ono przeprowadzi nas na drugą stronę i będzie powodem do łaski, jaką otrzymamy. Może właśnie to dobro, uczynione przez nas przed laty, przeważy szalę naszej wieczności na tę dobrą stronę…

„A Ty map nie rozdajesz, Ty map nie rozdajesz, nie wiem, dokąd iść.”

Ostatnimi czasy, mam okazję do rozmaitych spotkań. Rozmawiam wtedy z ludźmi w różnym wieku, na wszelakie tematy. Nie ma znaczenia wiek moich rozmówców. Nie jest tak, że z młodymi rozmawiam o rzeczach nieważnych. Wbrew pozorom głów startujących dopiero w dorosłe życie, wcale nie zajmują głupoty. Podobnie jest z dojrzałymi już osobami, ich wiek nie świadczy o tym, że są nudni i bez radości czy poczucia humoru. Zarówno od jednych jak i drugich, mogę się wiele nauczyć. Chociaż jestem trochę starsza od tych, którzy rozpędzają się na starcie swojej życiowej drogi, i przeżyłam doświadczenia, o których oni doświadczaniu nie mają jeszcze pojęcia, to od nich też, dużo mogę się nauczyć.

Takie rozmowy zawsze skłaniają mnie do refleksji. Zaczynam analizować sposób na życie, jaki propagują inni. Wsłuchując się w plany młodych ludzi i w ich postrzeganie codzienności, zastanawiam się, która droga jest najlepsza. Zachodzę w głowę, czy inni mają rację, czy może jednak powinni spróbować żyć inaczej. Jest to dosyć skomplikowana sprawa, bo nie odnoszę się tutaj konkretnie do swojego życia. Może dlatego, że ma w sobie najmocniejsze na świecie przekonanie serca, że ja podążyłam właściwą dla siebie drogą. Wiem, że zrobiłam wszystko najlepiej jak mogłam. Patrząc wstecz, z całą szczerością przed sobą, patrząc sobie w oczy, stwierdzam, że nie zamieniłabym żadnego ze swoich wyborów na inny. Może dlatego, jestem po prostu szczęśliwa. Jedyne czego żałuję, to czasu kiedy nie miałam świadomości o skarbie, jaki miałam ukryty na dnie serca, a który odkryłam dopiero później. Nie żałuję czynów, które popełniłam, żałuję, że zrobiłam to, bez ówczesnych wyrzutów sumienia. Szkoda mi po prostu, że dokonałam w młodości kilku czynów, nie wiedząc, że mogę zrobić inaczej. Że nie miałam poczucia swojej wartości, jako córki Miłości. Nie czując swoim sercem, że jestem kimś ważnym dla Boga, nie miałam pojęcia, kim tak naprawdę jestem. Nie mogłam, zatem wiedzieć, że taka godność daje mi przywilej własnej wartości a co za tym idzie, wolności w swoich decyzjach. Świadomości, że mogę chcieć postąpić inaczej.

Dziś wiem jednak, że moja droga tak miała się potoczyć, i że i tak, jestem szczęściarą, bo w ogóle odnalazłam siebie. Wiem, że nie każdemu się to udaje. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy odnajduje skarby w sercu, choć każdy ma je tam ukryte. Nie każdy wie, jaki jest, chociaż usilnie stara się to ustalić.

Nie czując się sobą i nie odczuwając radości z przebywania we własnym towarzystwie, nie będziemy w pełni szczęśliwi. Każdy z nas, na różnym etapie swojej wędrówki znajduję siebie. Jedni szybciej, drudzy wolniej, innym nie starcza na to czasu na ziemi…

Chciałabym oczywiście, żeby każdy umiał odnaleźć to błogosławieństwo i żyć pełnią życia. Myślę nad tym, czy w dzisiejszych czasach jest to łatwe. Czy może prościej było mnie te kilka lat temu. Ciekawe czy w ogóle czas ma tutaj jakieś znaczenie, czy robi różnicę w poszukiwaniu swojego prawdziwego wnętrza. Zaczynając moment w życiu, kiedy sami podejmujemy decyzję, chociaż te najprostsze, lub kiedy na początku nie podejmujemy ich jeszcze całkiem sami, ale mamy na nie wpływ w postaci naszego zdania, które zostaje wysłuchane. – Za każdym razem, od początku musimy zmierzyć się mgłą, która będzie nam utrudniać widoczność. Taki smog, który będzie przenikał nie tylko ulice naszych miast, ale także korytarzy naszej duszy. Życie składa się z masy czynności, zadań, możliwości, postanowień i treści. Musimy sprostać tym przyziemnym, a w międzyczasie poszukiwać siebie.

Może recepta na to poszukiwanie jest prosta? Co gdyby za wszelką cenę, odnaleźć najpierw swoją istotę, a później trzymać się swojego odkrycia tak mocno, jak matka trzyma dłoń swoje dziecka w ogromnym tłumie? Co jeśli Wam powiem, że sposobem może być wierność? Ta swoim wyborom, samemu sobie, swoim przyrzeczeniom i obietnicom?

Jeśli weźmiemy tę mapę do ręki, i podejmiemy trud szlaku, jaki nam oferuję, to nieważne czy startujemy w nasze życiu w wieku dwudziestym, w latach siedemdziesiątych czy w tym momencie. Trzymając w ręku ten wykaz druk, przejdziemy przez niejeden zaułek, pokonamy każdy zakręt i przejdziemy przez wielką mgłę. Nie wiem, jaki przyniesie to skutek w naszym życiu, ale wiem, że wyjdziemy z tych sytuacji szczęśliwi, bo ze swoją a nie inną twarzą. Tą samą, której nie będziemy wstydzili się przyglądnąć w lustrze, bo ona będzie widziała, że jesteśmy szczerzy, prawdziwi i wierni.

Wiem to, bo wciąż trzymam swoją mapę w ręku…

Przeprowadzę Cię przez to, co Cię przeraża. Chodź i nie martw się.

Tak brzmi ostatnie zdanie znajdujące się w mojej książce. Kończąc ją pisać, pomyślałam, że to będą najlepsze słowa, po których historia trzech sióstr się zakończy. Po których zakończy się to spotkanie czytelnika z prawdą. Taką ogólną, ale też tą bardzo osobistą.

Pisząc „Nie Obrażaj Się Na Boga”, taki miałam zamysł w sercu, aby lektura tego, czym chcę się podzielić, zachęcała do zatrzymania się i spojrzenia prawdzie w oczy. Często brakuje nam na to czasu. Nieraz nie mamy odwagi, nie wiemy jak zabrać się do przeprawy z samym sobą, przez samego siebie. Czasami, zwyczajnie o tym nie myślimy, nie mamy takiej potrzeby, żeby się nad czymś zastanawiać i po prostu robimy to, co do nas należy. Kiedy jednak już ktoś lub coś skłoni nas do przerwy w szalonym biegu, może się okazać, że właśnie tego potrzebowaliśmy. Że takie chwile, w których rozliczamy się ze swoich myśli, porażek, sukcesów, są dobre. Po pierwsze – mogą nas takie wewnętrzne rozmyślania wiele nauczyć. Pokazać, że niejednokrotnie moglibyśmy zrobić coś inaczej. W takiej chwili, kiedy napijemy się kawy w swoim wnętrzu, może się okazać, że docenimy siebie, bo nikt inny tego nie robi. Po drugie – możemy zdać sobie sprawę, jak wiele nam brakuje do tego, żeby mieć powód do dumy. Po głębszym zastanowieniu, przewartościujemy swoje życie. Postanowimy się poprawić lub wyluzować i odpuścić tam, gdzie przesadzamy ze swoją troską, uwagą, i być może za bardzo się wtrącamy. Przypomnimy sobie, że powinniśmy więcej uwagi poświęcać bliskim i przyjaciołom, posyłając w ich stronę więcej dobrych myśli, pobożnych życzeń i, jeśli wierzymy, więcej modlitw.

Myślę, że zbyt rzadko to robimy. Zdecydowanie za mało i za krótko interesujemy się swoim własnym wnętrzem i sercem. Zazwyczaj machinalnie robimy te rzeczy, które tworzą naszą codzienność, nasze obowiązki, praca, dążenie do tego, żeby wystarczyło nam wszystkiego. Bieg przez cały miesiąc, żeby na jego końcu rachunki się zgadzały, odłożona kwota rosła, albo żeby po prostu jakoś przeżyć. Na lepszym czy czy gorszym poziomie, każdy z nas musi w tym biegu brać udział. Zadbać o rzeczy materialne, o to, żeby były, dobrze wyglądały, stanowiły nasze życie.

Jeśli nie zaczniemy pamiętać także o tym, co nie jest materią a swoją ważnością od niej nie odstaje, chyba nawet przewyższa, to bardzo łatwo możemy się zatracić i biegnąc, zacząć kręcić się w kółko, aż do wypalenia.

Pędzimy, bo takie właśnie jest życie. Musimy za nim nadążyć, chociaż czasami nas to przerasta, wprowadza w niepokój lub zwyczajnie denerwuje. Nie mamy na wiele rzeczy wpływu, ale możemy poświęcić sobie kilka chwil raz na czas. Żeby znaleźć to czego szukamy, w sobie. Jeśli wierzysz, spotkasz tam Boga, jeśli nie, znajdziesz siłę, odwagę, nadzieję. W każdym z nas, znajdują się cechy i moc potrzebne do stawienia czoła temu, co konieczne. W najbardziej cichym miejscu w naszym wnętrzu, usłyszymy prawdę. Dlatego musimy dbać o siebie i swoje chwile ze sobą sam na