Jeśli czujesz, że zalewają Cie fale codzienności, nie martw się, Twój Ratownik chodzi po wodzie”

Życie jest piękne, i od tego trzeba zacząć. Chociaż jest ono bardzo złożone i pokręcone, to w swoim początku, zamyśle i idei jest piękne. Każde istnienie, zaczyna się wspaniale. Cudowne jest jego poczęcie, rozwijanie się, narodziny. Wzrastanie każdego dnia – osobowości, rozumu, mądrości, ale też fizycznej sylwetki, twarzy, która nabiera odpowiednich dla siebie rysów.

Od tego wzrastania zależy, jakim uczynimy nasz świat. Ten najbliżej nas i ten znajdujący się coraz dalej i dalej. Moja siostra studiuje psychologię i czasem opowiada mi, o jakich zjawiskach się uczy. Kiedy jej słucham nie mogę się temu nadziwić. Na co dzień ja-  i pewnie większość z Was ma tak samo, nie zdaje sobie w ogóle sprawy z tego, jak bardzo pierwsze dni na ziemi rzutują na  nasze przyszłe losy. Nie miałam pojęcia, że to jaką mamy relację z naszą mamą, ma ogromnym wpływ na nasze późniejsze relacje ze znajomymi,  przyjaciółmi i wreszcie ze współpracownikami, małżonkiem, dziećmi.

Mogłoby się wydawać, że im bardziej mamy poplątane dzieciństwo, tym trudniej jest nam w życiu. Nie jest tak do końca. Niektórzy, wywodzący się z rodzin, w których była zaburzona relacja, albo nie było jej wcale, są bardziej twardzi i lepiej radzą sobie ze swoją psychiką niż ci, których rodziny reprezentowały idealny model. Nie ma więc reguły i nigdy pewności, że ktoś z rozbitej rodziny będzie miał kiepskie życie, a ten z idealnej, będzie panem swojego. Może być całkiem odwrotnie. Każdy najmniejszy nawet aspekt, doświadczenie, myśli i zdarzenia, mające miejsce w naszych pierwszych latach naziemni, mogą być zaczątkiem rozmaitych sfer a naszej głowie, które albo poprowadzą nas prosto do celu, albo będą  wiodły krętymi ścieżkami, bez widoku horyzontu. I musimy się z tym zmierzyć, obojętnie, na który scenariusz trafimy. I mamy w sobie tę moc i siłę, aby podołać tak wielkiemu zadaniu. Jest to misja powierzona nam tylko raz i od nas zależy czy zechcemy się z nią zmierzyć, czy pogodzić.

Dla ułatwienia nie jesteśmy sami na ziemi. Otaczają nas inni ludzie, bardzo często czekający tylko na okazję, aby nam pomóc. Pomóc komukolwiek. Są oczywiście specjaliści, podpowiadający, jak poradzić sobie z owymi płaszczyznami w naszej głowie, które zawładnęły nami i nie pozwalają żyć normalnie. Nie chodzi o to, że są od nas mądrzejsi, chociaż posiadają naukową wiedzę na temat człowieka i to nieraz wystarczy do naprostowania naszego myślenia. Do wyjaśnienia nam, że boimy się niepotrzebnie, że problem, który nas przytłacza, tak naprawdę nie jest problemem, a tylko nasza wyobraźnia takim nam go pokazuje. Drugi człowiek jest  pomocny też dlatego, że potrafi zadać pytania, których my sami nie wymyślimy, a odpowiedź na nie, jest odpowiedzią na to, jak może wyglądać nasze życie. Często jest  też łatwiej otworzyć się przed obcym nam człowiekiem. Zachęceni właśnie jego obcością, niekiedy charyzmą czy spojrzeniem. Przy kimś obiektywnym, poruszymy kwestie nam bliskie, ale bolesne. Ufając, że on doskonale wie, co robi i dlatego damy mu się poprowadzić. Czasami po prostu będzie nam szkoda wydanych pieniędzy na specjalistę i zwyczajnie, będziemy chcieli skorzystać jak najwięcej z tego, za co dokonaliśmy opłaty.

Może być tak, że spotkamy kogoś całkiem przypadkiem, kto w kilku zdaniach tak trafi w nasze wnętrze, że w jednym momencie zrozumiemy, jak pokonać swoje wewnętrzne lęki.

Napotkana miłość, odwzajemniona i prawdziwa, też jest w stanie pomóc nam przejść przez ciemne doliny w naszej głowie. Bo jest ona cierpliwa i wytrzyma nasze porażki. I będzie miała siłę ponownie patrzeć na to, jak próbujemy się podnieść. I zniesie to, nawet przez lata, żebyśmy mogli osiągnąć swój spokój.

Wszystkie te formy pomocy, możemy uzyskać od ludzi. Oni nam to oferują i potrafią dać. Jednak wciąż są tylko ludźmi. Im też może zabraknąć pomysłu, pytania, odpowiedzi, siły i cierpliwości. Wtedy przypominamy sobie o Tym, do Którego mieliśmy możliwość zwrócić się na samym początku. Nie zrobiliśmy tego z różnych powodów: braku odwagi, braku zainteresowania, obojętności, braku wiary czy chęci. A przecież On, może nam zaoferować to wszystko, co ludzie dobrej woli, tylko o wieczność mocniej,  o boskość szybciej i wszechmocność bardziej.

Potrafimy pływać wpław, łodziami, statkami, promami. Wszystko to jednak jest niczym wobec potęgi żywiołu paniki, lęku, naszego umysłu i wysokich fal zła. On potrafi po tym przejść. Podtrzymując nas na swoim ramieniu.

Kinga Baran

Córka takiego Ojca, na pewno sobie poradzi.

Nauka płynąca z drugiego rozdziału mojej książki, ukazuje na przykładzie opisanej w nim historii, że nic nie jest w stanie nas zniszczyć. Pokonać tak, ale nie unicestwić. Każdy z nas przeżywa swoje problemy i przeskakuje przeszkody. Każdy musi stawić się czoła czemuś wielkiemu i przerażającemu, podczas swojego życia. Są to różnego rodzaju kłopoty i problemy. Nie ma jednakowej miary, która wydziela każdemu według swojego uznania. „Tej dokopiemy taką tragedią, a tamtemu ześlemy taką depresję, żeby się nie pozbierał. Dla zabawy, tamtej pokażmy jak można cierpieć.” Nie. Wszystko, co nas spotyka jest działaniem Złego lub konsekwencją wyborów. Naszych, naszych bliskich, zupełnie obcych nam ludzi. Weźmy na przykład taką chorobę, ta jest wynikiem złych intencji i złośliwości Złego, który za wszelką cenę i na każdy możliwy sposób, chce nam zaszkodzić i doprowadzić do zniszczenia naszego ciała i duszy. Śmierć, która ciągle jest obecna a pojawia się zawsze znienacka, jest przecież skutkiem grzechu. Została pokonana przez ofiarę Jezusa, ale wciąż jeszcze istnieje. Dla ludzi wierzących jest czymś koniecznym, aby przejść do tego właściwego wymiaru życia, który został nam przeznaczony i stworzony na samym początku. Przy stworzeniu świata. To właśnie to życie, do którego zmierzamy, zostało dla nas wymyślone i przygotowane przez Niego. W tamtym świecie nie ma tego całego smutku i zła. Tam mieliśmy być i się radować. Ewa z Adamem załatwili nam jednak urozmaicenie i atrakcje w postaci rodzenia w bólu i trudów przejścia przez ziemskie życie. Oczywiście cała wina spada teraz na Boga i Jemu dostaje się za to łomot od naszych zszarganych, słabych i bezsilnych serc.

Nie da się ocenić, kto z nas ma w życiu bardziej pod górkę. Nigdy nie będziemy w skórze drugiej osoby w stu procentach. Nie możemy zrozumieć, więc, jego myśli, uczuć i przeżyć. Nie nam jest stwierdzać, że ktoś przesadza, bo nie może uporać się ze swoimi psychicznymi problemami. Ktoś, kto nie może sobie poradzić sam ze sobą, może tak samo cierpieć jak ten, kto właśnie stracił bliską osobę, albo dowiedział się o ciężkiej chorobie.

Różne są nasze drogi. Na każdej z nich możemy być jednak pewni jednego. Damy sobie radę. Jeśli On jest z nami to, co może nam się stać? Nawet, jeśli Złemu się poszczęści i zdoła nam dokopać, to nie zatraci w nas naszych wartości i prawd. Musimy tylko nabrać pewności. Najpierw Jego, później siebie. Taki duet jest naprawdę nieśmiertelny. Jesteśmy Jego córkami i synami. Płynie w nas Królewska krew J I jest ona w swojej istocie naprawdę błękitna. Nie tylko w powiedzeniu, ale w rzeczywistości. Ma kolor Nieba, kolor naszego Początku, naszego Domu i naszego Taty. Nie mówmy, że wierzymy, ale zróbmy to. Mój mąż w ciężkich chwilach dla mnie. Kiedy czeka mnie sprawa, z którą muszę się zmierzyć a strach spowalnia mój zapał, chęci i ruchy, powtarza: „Idź wyprostowana tam, gdzie inni idą na kolanach.” To jest właśnie to. Mamy Jego wsparcie na każdym kroku. Jego ramiona gotowe nas przytulić. Mamy taką możliwość, radzić się, rozmawiać, powierzać, skarżyć i śmiać się, z naszym Tatą, z Bogiem. Tak często z niej nie korzystamy, zapominamy o tym, kim jesteśmy i kto ciągle na nas czeka ze swoją Ojcowską tęsknotą. Gotowością pomocy i otwartością.

Pisałam wcześniej, że złe rzeczy, które nas spotykają są wyrazem odpowiedzialności, która dopada nas, w odpowiedzi na nasze wybory. Bóg daję nam wolność i to właśnie ona, choć tak upragniona, często jest naszym przekleństwem. Ktoś zdecyduje, że wsiądzie po alkoholu do samochodu, podczas tej podróży zabije czyjeś dziecko. Innym razem zamiast się zastanowić, obieca komuś miłość i wierność, wcale nie będąc na to gotowym w konsekwencji łamiąc drugiej osobie serce i życie. W trzecim przypadku ktoś z nas w swojej zawziętości, nie odezwie się do swojej mamy, z którą pokłócił się lata temu, w efekcie niszcząc życie sobie i jej. A zmarnowane chwile, uczucia, gesty i okazję na bliskość, nie wrócą.

We wszystkich tych przypadkach jesteśmy źli na Boga. Mamy do niego pretensję. Postawmy się na Jego miejscu. Jakże on może nas powstrzymać? Jak my, przeszkodzilibyśmy swoim dzieciom, przed takimi decyzjami? Za każdym razem, dorosłych już ludzi zamykalibyśmy w ich pokoju? Musieliby spędzić tam całe życie. Zepsulibyśmy ich samochód? Musielibyśmy robić to za każdym razem. A przecież jest jeszcze tysiąc innych możliwości, żeby go zastąpić. Choćby pieszo wejść pod koła samochodu, doprowadzając do tragedii. Złamalibyśmy naszemu dziecku nogę, żeby nie było w stanie prowadzić? Co byłoby następne? Palec, ręka, kręgosłup? Zmusimy, żeby kogoś kochało brew sobie? Nie jest to możliwe.

Skoro jesteśmy wszyscy wolni, nie możemy być zniewoleni. Ani przez siebie nawzajem, ani przez Boga. Jedyne, co możemy zrobić to słuchać Jego rad, którymi służy nam w każdej chwili. Za każdym razem widząc jak pakujemy w kłopoty siebie lub innych, stoi i błaga, żebyśmy zawrócili. Woła najgłośniej jak potrafi i chociaż jest Bogiem, potężnym i Wszechmocnym, to nie jest w stanie krzyknąć tak głośno, żebyśmy go usłyszeli, jeśli nie będziemy tego chcieli. Jeżeli postanowimy, że my i tylko my możemy o swoim życiu decydować. Musimy zrozumieć, że nasza wolna wola to potężny dar, ma ogromna moc i wpływa na losy nasze i świata. Musimy sobie uświadomić i zapamiętać, że możemy decydować dobrze i czynić dobro, że zdołamy pokonać każdą przeszkodę i pomóc zrobić to innym. Musimy wiedzieć, że to, co się dzieję i co czynimy jest naszym przywilejem, tak wielkim, że możliwym do dobrego wykorzystania tylko i wyłącznie w porozumieniu z naszym Tatą. On nas tego może i chcę wspaniale nauczyć.

„Wszystko możesz, bo On Cię umacnia”

Pierwszy rozdział mojej książki zawiera w sobie naukę zaczerpniętą z prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce w realnym życiu. Dzięki temu, że zarówno ja, jak i czytelnicy mają taką świadomość czytając tę opowieść, łatwiej jest uwierzyć. Nie w samo istnienie Boga, bo nie tylko dla żyjących z Nim jest ta powieść. Przede wszystkim łatwiej jest uwierzyć w to, że może być naprawdę dobrze i lepiej, nawet po ciężkich sytuacjach, które nas spotykają. Kiedy słyszymy piękne myśli czy dobre rady w wymyślonych historiach, zawsze myślimy sobie w duchu, że tak zdarza się właśnie tylko w książkach czy filmach. Zupełnie inaczej przyjmujemy słowa od kogoś, kto przekazuje nam swoje świadectwo i dzieli się realnymi przeżyciami. Sama często miewam momenty w swojej codzienności, kiedy to nie mam w sobie wystarczającej ilości wiary w lepsze jutro. Albo raptem znika moja cała ufność i nadzieja, że dam sobie radę z przeszkodami, jakie stawia mi na drodze codzienne życie. Niestety te przyziemne sprawy mają ogromną moc, mogącą z dużą czy mniejszą łatwością, zepchnąć w naszym życiu na dalszy plan to, co dostaliśmy od losu, to, co jest mimo wszystko najważniejsze. Ja nauczyłam się już w swoim być może krótkim życiu, że nie ma, co poddawać się tym chwilom i dać się wkopać Złemu głęboko w dno. Całkiem inną sprawą jest danie mu możliwości zepchnięcia nas do powierzchni dna, bo kiedy go dotkniemy, możemy odbić się z wielką prędkością, wynurzając się wysoko nad powierzchnię wody. Wiem, że proces opadania pod wodę, czas i prędkość, z jaką to robimy jest ciężki. Niejednokrotnie, kiedy ten stan się przedłuża, zwyczajnie brakuje nam powietrza. To normalne. Dobrze jest właśnie wtedy pamiętać, że nie utoniemy i nie udusimy się, jeśli tylko mamy w sobie takie pragnienie. Silną wolę przetrwania i wyjścia na prostą.

Ten rozdział pokazuje także, że nie tylko Ty jesteś słaby. Chociaż cały świat wydaje się być idealny, to wcale taki nie jest. Nie daj sobie wmówić, że to co pokazują media i wszelkie portale społecznościowe, to całe życie jakie toczą Twoi bliscy i znajomi. Pokazują Ci oni pojedyncze momenty ze swojego życia, dzielą się szczęściem, o tak, ale niejednokrotnie i tragediami. Musimy jednak wiedzieć, że to nie rzutuje na fakt, jakimi są ludźmi i jakie mają życie. Te jedne pojedyncze momenty, nie są gwarancją na to, że ci szczęśliwi nie mają problemów, a tamci, których spotkała katastrofa, nie byli, lub nie będą szczęśliwi. Każdy z nas się potyka. Niejednokrotnie o zabawki, które sam wcześniej rozrzucił. Myślę, że każdy z Was wie, jak bolesne jest nadepnięcie bosą stopą na klocek, oj bolesne. Tak samo jak boli zawód, brak pieniędzy, łzy bliskiej osoby, choroba dziecka z Internetu. Wiem jednak, że doskonale znasz też uczucie, jakim jest stąpanie tą samą, bosą stopą po ciepłym piasku. Wspaniałe. I wszyscy je znamy, tak samo jak poczucie bezpieczeństwa, uśmiech na twarzach tych, którzy są dla nas ważni, jak obecność kogoś, kto kocha. Chyba każdy z nas kiedyś doznał któregoś z tych odczuć, a jeśli nie, to tyle go jeszcze czeka.

Poznanie życia odbywa się przez cały czas jego trwania, a jeśli na końcu swojej wędrówki uda nam się wyciągnąć z niego, choć jedną pewną naukę, to bez wątpienia będzie to nasz sukces…

 

„Moje wędrowanie”

Życie samo w sobie jest wymagające i momentami bardzo trudne. Żeby nauczyć się jak funkcjonować w nim samodzielnie, potrzeba dużo czasu. Nie jest to syzyfowa praca, ponieważ te lekcje uczą i czynią nas mądrzejszymi o już zaliczone błędy i popełnione pomyłki. Można powiedzieć, że od samych naszych narodzin mamy pod górkę. Poród jest ogromnym wyzwaniem nie tylko dla rodzącej nas mamy, ale również dla nas. Są dwie drogi, które powadzą na ten świat. Naturalna i ta wspomagana sprzętem i umiejętnościami lekarzy. W jednej chwili Bogu ducha winni, wielkości trzech lub czterech torebek cukru, mamy nagle dokonać ogromnego wysiłku, wstrzelić się w kanał, przez który dość nieprzyjemnie zostaniemy wypychani, uciskani i wyciągani. Jakaś zewnętrzna moc, na siłę wygania nas z dobrze znanego bezpiecznego świata. W drugim wypadku, zostajemy wyrwani szybko i chaotycznie z tego ciepłego gniazdka i zabrani na odległość kilku sali od tej, którą w tym momencie najlepiej znamy. Nie dość, że stało się coś strasznego, czego nie rozumiemy, to jeszcze zostajemy sami.

Dalsze chwile na ziemi nie są wcale łatwiejsze. Oczywiście nie chce kategoryzować, bo rzecz jasna są one piękne i wspaniałe. I nawet, jeśli gorzkie to mają jakiś smak. Jeśli przepełnione żalem, to maja jakiś sens. Ale są też jasne i radosne. W bardzo dużej mierze, to od nas zależy, których będzie więcej akurat w naszym przypadku. Kiedy jesteśmy dziećmi, to rodzice nas wychowują i nakierowują naszą osobowość na odpowiednie według nich tory. To oczywiste. Chcą nadać naszej osobie, najbardziej odpowiedni według nich kształt. Żebyśmy w późniejszym życiu byli silni, mądrzy i rozważni. Przede wszystkim szczęśliwi. W nas jedna kształtuje się nasze indywidualne ja, które niejednokrotnie buntuje się przed narzucanymi ramami i wyznaczanymi kierunkami. Pierwsze kilkanaście lat życia, to batalia między tym, co słuszne a upragnione, tym, co właściwe dla nas a co dla naszych rodziców. To przepychanki dziecka i rodzica, przerywane rozmowami, czułymi uściskami, obecnością, miłością. Choć to ciągła walka, to jednak  mająca na celu czyste dobro, kierowana najszczerszymi intencjami.

Kiedy mamy to już za sobą i przekraczamy próg domu, aby już nigdy nie wrócić do niego, jako stali lokatorzy, zaczynają się inne schody. Rodzice, zostają w domu i są dla nas, kiedy tego potrzebujemy. Dzwonimy, kiedy mamy czas. Nieraz, kiedy mamy problem. Odwiedzamy raz na czas, bo teraz jesteśmy zabiegani za pieniędzmi na utrzymanie, zajęci studiowaniem, żeby później ten bieg był troszkę łatwiejszy. Nie jesteśmy złymi dziećmi, nie tylko chcemy sobie sami dać radę i poukładać dorosłe życie według swoich pragnień, ale jesteśmy też do tego zmuszeni. Nie jesteśmy już dziećmi, za które w chwili słabości rodzice nakarmią, założą buty czy poniosą do domu, kiedy rozbijemy kolano. Teraz musimy iść, mimo zmęczenia i krwi na kolanach. Musimy zacisnąć zęby, żeby pokazać, jacy jesteśmy silni, nawet, jeśli w zaciszu pokoju zapłaczemy z bólu.

Z drugiej strony rodzicielskie serca ciągle chciałyby być tymi opiekunami z przed lat. Otaczać ramionami, troszczyć się, opiekować, chronić. Ojcowska miłość jest bardziej twarda. Przynajmniej z pozoru. Wewnątrz jest ckliwa, czuła i tęskniąca a do tego silna. Matczyna, jest ogromnie uczuciowa, wrażliwa i nieraz słaba przez swój ogrom, ale bardzo waleczna. Obydwie tworzą płaszcz odporny na wszystko, którym okrywają swoje dzieci. To wszystko jest spójną jednością, ale niezniszczalną tylko wtedy, kiedy uszyte jest nićmi Boga…

Poza studiami i pracą, rozeznajemy także swoje drogi życiowe. Spotykamy swoje drugie połówki, znów czekają nas schody. Teraz uczymy się żyć z drugim człowiekiem w całkiem innych relacjach niż te, które budowaliśmy w domu rodzinnym. Zaczynamy poznawać siebie na nowo i z zupełnie innej płaszczyzny. Niejednokrotnie musimy okazać skruchę, czasem pokorę. Musimy nauczyć się, że nie wszystko, co wydawało nam się w nas dobre, takie właśnie jest. Staramy się dla kogoś, kogo poznaliśmy, darzymy uczuciem i chcemy zbudować z nim coś trwałego. Nie mamy przy tym pojęcia, że tak naprawdę staramy się dla siebie. Że nieraz rewolucyjne zmiany, które w nas zachodzą, są błogosławieństwem i naszym prawdziwym ja, wymarzonym i wyczekanym a obudzonym dopiero teraz, przez miłość.

Zdarza się też droga, której nie możemy skrzyżować z kimś, kogo pokochamy i kto pokocha nas, jest ona równie ciężka, choć inaczej. Jest często gorzka i samotna. Przepełniona wyczekiwaniem. Ona jednak też jest pouczająca i to bardzo. I myślę, że zdarza się po to, żeby pokazać nam prawdę o nas samych, ukazać pragnienia, ale nie te powierzchowne, a te prawdziwe, schowane nawet przed nami samymi. Kiedy przebrniemy przez tę trudną podróż, mądrzejsi i prawdziwi, znajdziemy kogoś lub coś, czego szukaliśmy.

W każdym przypadku robimy wszystko, co możemy, dajemy z siebie najwięcej, żeby zaznać szczęścia. Muszę Wam coś uświadomić. Nie uda się nam to, bez Niego. Wiem to z własnego doświadczenia. Raptem to my stajemy się mężem i żoną, mamą i tatą. Skąd wziąć siłę do tak odpowiedzialnych ról i zadań? Kto da nam podpowiedzi i odpowiedzi na najtrudniejsze pytania? Kto nas poprowadzi do miejsc, które na nas czekają? Właśnie On! Bez niego będziemy się kłócić, będziemy się mijać. Nie zrozumiemy swoich potrzeb nawzajem. Nie znajdziemy w sobie cierpliwości do siebie nawzajem i do swoich dzieci. Nie będziemy mieć siły do kolejnego ciężkiego dnia i nocy. Kiedy jednak swoją życiową wędrówkę i walkę, będziecie toczyć z Bogiem u boku, zapewniam Was, znajdziemy to wszystko. W chwilach zmęczenia i psychicznego dołka spowodowanego kolejną nieprzespana nocą i ciężkim dniem. Kiedy będziecie w bezsilności krzyczeć na swoje dzieci, On podeślę Wam myśl: „hej hej! Nie taką Mamą chciałaś być!” I w jednej chwili brak Waszej siły na przytulenie, tego zawodzącego, krzyczącego dziecka, zamieni się w potężną moc miłości i spokoju. Waszego i dzieci. W tych momentach, kiedy zabraknie pieniędzy i wypowiecie do siebie słowa i wyrzuty, których potem żałujecie. I siedzicie obok siebie z żalem i zawodem, On poruszy Wasze serca i powie: „ Pamiętacie ten dzień, kiedy w mojej Obecności patrzyliście sobie w oczy? Pamiętacie tę przysięgę? Ona jest Waszą siłą” i nagle popatrzycie w Niebo i w swoje oczy, jak tamtego dnia. Kiedy wracacie z pracy, czując zmęczenie i samotność większą niż zwykle, bo nikt nie czeka, żeby Was przytulić i powiedzieć dobre słowo, On napełni Was spokojem mówiąc w Waszym sercu: „ Odnajdziesz szczęście, tylko prawdziwie zaproś mnie do swojego życia, nie mogę Ci pomóc, kiedy do mnie mówisz, ale równocześnie zamykasz mi drzwi przed nosem.”

Większość ludzi mówi, że po ślubie jest gorzej. Zupełnie tego nie rozumiem. Po ślubie zaczyna się nawrócenie, życie, miłość, żywa radość, prawdziwe szczęście. Może nie do końca dzisiejszy świat rozumie istotę tego Wydarzenia. Od tego dnia nie mieszkamy w naszym domu tylko my, dzielimy go z Tym, Który teraz należy do naszej rodziny. Był Świadkiem naszej przysięgi, jest powiernikiem naszych serc, pomocnikiem w domowych obowiązkach i towarzyszem w wspólnych chwilach.

W samotnej po ludzku podróży, jest naszym Towarzyszem. Na żadnej drodze nie jesteśmy zupełnie sami, i każda jest łatwiejsza, kiedy zechcemy zaprosić Go, aby szedł z nami. Naprawdę możemy być szczęśliwi, prawdziwie, mimo wszystko. Trzeba tylko w to uwierzyć, zaufać i złapać go za rękę. Nie puszczać, choćby nie wiem co. 🙂

 

„Nie sądźcie…”

Wszyscy mniej lub bardziej znający się na uprawianiu roślin mówią, że trzeba oczyszczać doniczkę z nieproszonych gości, jakimi są trawa czy dziko posiane rośliny. Ja należę do tych, którzy uwielbiają kwiaty, ale kompletnie nie mają ręki, żeby się nimi zajmować. Choćbym włożyła wszelkie starania w pielęgnacje swoich kwiatów. Wkładała serce w ich podlewanie i cierpliwie obrywała uschnięte już, pojedyncze owoce, to zawsze umierają. Nie wiem, czego jest to wina. Moja, ziemi, nasłonecznienia czy to po prostu nie dla mnie. Przyznaję, że nie znam się na ogrodnictwie i może, dlatego mam spaczone podejście, ale dla mnie ta trawa, i te dziwne, zupełnie niepasujące do reszty chwasty, są dla mnie ładne. Uważam, że wnoszą w doniczkowy świat coś nowego. Dodają uroku lepiej niż nie jeden architekt ogrodowy. Pojawiają się nie wiadomo skąd i chociaż według zasad są złe i do wyrzucenia, to ja jestem innego zdania. Kolory, które wnoszą w do tych starannie dobranych, nadają wyglądowi doniczki świeżego odczucia. Trawa, która porusza się na wietrze sprawia, że doniczka jakby żyje, ciesząc się ciepłym powiewem i tym, że znalazła swoje miejsce, w doborowym towarzystwie. Zasady jednak są bezlitosne, bo skoro one mówią, że przyjęte jest, aby w doniczce pozostawały tylko „rasowe”, piękne kwiaty, to reszty trzeba się pozbyć.

Czy w życiu nie za często słuchamy podobnych zasad? Zastanawiam się nad tym, patrząc na swoją tarasową doniczkę. Ileż razy schematy i stereotypy wyznaczają tor naszym osądom i myślą. Jeśli ktoś nas zaczepi na ulicy, bez powodu o coś zapyta, to najpewniej jest wariatem i chce zrobić nam krzywdę. Jeśli ktoś odstaję w pewnym sensie od standardowych zachowań, w oryginalny sposób pokazując swoją osobowość, od razu trafia do worka wariatów. Jeśli coś nie jest nasze, to z pewnością jest złe. Oczywiście, że przepisy i zasady są ważne. Dzięki nim zostaje zachowany porządek świata. Warto jednak mieć w sobie swoją tabelę wartości i nią się kierować. Tak bardzo chcemy chronić siebie i bliskich, że niejednokrotnie drugi człowiek schodzi na dalszy plan. Wiem, że w dzisiejszych czasach mnóstwo jest niebezpieczeństw. My i nasze dzieci jesteśmy narażeni na masę wypadków, krzywdę ze strony innych i często ich wolę. Najgorsze jest to, że nie wiadomo, czego możemy się spodziewać po człowieku napotkanym w ciemnej ulicy, jadącym z nami w pustym wagonie tramwajowym, lub siedzącym na ławce w parku, obok nas, chociaż do wyboru ma dziesiątki innych. Sama mam takie lęki. Sama się boję, słysząc i czytając codziennie masę dziwnych zdarzeń i sytuacji, mających miejsce w naszym kraju, gdzieś zaraz za miastem, za zakrętem, za ścianą. Może jednak warto, ostrożnie i rozważnie, ale jedna złamać zasady? Ściągnąć ze swoich oczu klapki, które ograniczają nam widoczność i spojrzeć też na boki, nie tylko przed siebie i na siebie. Pędząc tak wpatrzonym w koniec własnego nosa, zaciskając pięści i tak uparcie zagryzając zęby, możemy bardzo dużo stracić. Przede wszystkim naszych nerwów, uśmiechów i ciepłych spojrzeń, a przecież takie są one cenne. Mamy ogromne skarby na wyciągnięcie ręki, ale tak bardzo jesteśmy uparci w wywyższaniu swojego ja. Nie zdajemy sobie sprawy, że skazujące myśli w naszych głowach i sercach są złe. Wydajemy wyroki na ludzi, o których kompletnie nic nie wiemy. Nie znając szczegółów, warunków i okoliczności. Nie znając człowieka.

Bez klapek na oczach, ten gość z tramwaju może okazać się wartościowym człowiekiem. Spotkany nieznajomy, który nas zaczepił, może przekazać nam wartościową myśl czy rozmowę. Ten człowiek na ławce w parku, może być bardzo samotny, ale mieć najbardziej głębokie spojrzenie na świecie. Zawsze będę chronić swoją rodzinę i jeśli trzeba zacisnę pięści, żeby porządnie dać komuś nauczkę, jeśli będzie chciał nas skrzywdzić. Tymczasem jednak je rozluźnię i wyciągnę przed siebie, żeby każdy, kto tego potrzebuje, mógł się ze mną przywitać i podać mi swoją. Inną, ale niekoniecznie złą rękę. Nie znam się na hodowaniu roślin, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Nie wyrwę trawy ze swojej doniczki, może tam zostać ile tylko zechce…

„Marzenia są po to, żeby je spełniać”

Ostatnio poproszono mnie o napisanie tekstu, w którym opiszę jak się czuję, jako świeżo upieczona autorka powieści, która została udostępniona czytelnikom. Chciałabym podzielić się z Wami tym, co napisałam i tym samym przybliżyć swoją osobę i fundament mojej twórczości. 🙂

Mówi się, że życie jest ciężkie i że nic w nim nie przychodzi łatwo. To prawda. Jeśli nam na czymś zależy, musimy się o to postarać. Włożyć w dążenie do celu swoją prace i czas, ale przede wszystkim swoje serce. Oczywistym jest, że to, co dotyczy naszego życia pobiera od nas wielkie pokłady uczuć i zaangażowania. Cała paleta tych reakcji, zmysłów i odczuć wpływa na nas, na otoczenie i wreszcie na spełnienie naszych pragnień.

Mówi się też, że marzenia się spełniają. Podczas konferencji dla Bibliotekarzy, na której miałam przyjemność opowiedzieć o swojej drodze do wydania książki, powiedziałam jednak, że to nie prawda. Moje marzenie się nie spełniło, przynajmniej nie zrobiło tego samo. Spełniłam je ja poprzez swoją pracę i upór, Bóg i moi bliscy, dając swoje wsparcie.

Od kilku dni moja książka jest w sprzedaży. Może się wydawać to taką zwyczajną rzeczą. Dla mnie jest ogromnym zwycięstwem, którego nie odniosłam sama. W mojej walce pomogli zarówno bliscy, jak i obcy ludzie. I dalej to robią, udostępniając informację o moim debiucie. Dzięki temu „Nie obrażaj się na Boga” ma szansę zagościć w dłoniach większej ilości czytelników i spełniać swoją misję niesienia dobrego słowa. Robią to ku mojej radości i ogromnemu zaskoczeniu. Nigdy nie przypuszczałam, jak wielkie serca, pełne bezinteresowności noszą w swoich klatkach piersiowych inne osoby. Moja droga do wydania książki była długa. Przez to sporo oczekiwałam na finał i cel podróży. Dzięki temu jednak, miałam okazję do niesamowitych, nowych doświadczeń. Należały do nich spotkania z innymi ludźmi zarówno wirtualne jak i te w twarzą w twarz, które wprowadziły w życie obu stron pozytywne emocje i wartości. Wiem, że zdarzenia związane z moją książka rozwijają moją duszę i rozum. Poczułam smak zwycięstwa. Poczułam zapach spełniającego się marzenia, ale przede wszystkim poczułam, że mogę. To ostatnie daję mi ogromnego kopa i chęć do działania, ponieważ jeśli osiągnęłam to, co jeszcze na początku roku wydawało się dla mnie niemożliwe, to mam pewność, że z Bożą pomocą osiągnę wszystko. Mogę śmiało nazwać siebie szczęściarą, dlatego że nie pierwszy raz czuję szczęście w związku z tym, co spotyka mnie w życiu. Było już kilka moich sukcesów i zbiegów okoliczności, które dla mnie jednak mają inną nazwę – działanie Ducha. Dzięki niemu podjęłam decyzję dla siebie dobre i skierowałam kroki w odpowiednie miejsca, w których czekał na mnie mój Bóg, mój mąż, moje dzieci, mój dom i wreszcie moja książka.

Chciałam przekazać swoje szczęście i Jego obecność właśnie na stronach swojej książki. Pragnęłam, aby powędrowała ona ze swoim przesłaniem do każdego, kto tego potrzebuje. Próbowałam znaleźć odpowiednią metodę marketingową, która dotrze do potencjalnych odbiorców i pomyślałam wtedy, że to właśnie Duch jest najlepszym Marketingowcem, bo może poruszyć każde serce do tego, co dla niego dobre.

 

Kinga Baran