Jesteśmy dobrzy

Wczorajsze czytanie. Nie specjalnie wybrane, żeby pasowało do naszej sytuacji, ale do nas skierowane. Nie wyjątkowo – tak po prostu, normalnie, zwyczajnie.
Żywe słowo, delikatne i nie narzucające się. Czyste i prawdziwe. ❤️❤️❤️

(Dn 3, 25. 34-43)
Powstawszy, Azariasz tak się modlił, a otwarłszy usta, mówił pośród ognia: „Nie opuszczaj nas na zawsze – przez wzgląd na święte Twe imię nie zrywaj Twego przymierza. Nie odwracaj od nas swego miłosierdzia, przez wzgląd na Twego przyjaciela, Abrahama, sługę Twego, Izaaka, i Twego świętego – Izraela. Im to przyrzekłeś rozmnożyć potomstwo jak gwiazdy na niebie i jak piasek nad brzegiem morza. Panie, oto jesteśmy najmniejsi spośród wszystkich narodów. Oto jesteśmy dziś poniżeni na całej ziemi z powodu naszych grzechów. Nie ma obecnie władcy, proroka ani wodza, ani całopalenia, ani ofiar, ani darów pokarmowych, ani kadzielnych. Nie ma gdzie ofiarować Tobie pierwocin i doznać Twego miłosierdzia. Niech jednak dusza strapiona i duch uniżony znajdą u Ciebie upodobanie. Jak całopalenia z baranów i cielców, i z tysięcy tłustych owiec, tak niechaj dziś będzie nasza ofiara przed Tobą i niech Ci się podoba! Ponieważ ci, co pokładają ufność w Tobie, nie mogą doznać wstydu. Teraz zaś idziemy za Tobą z całego serca, odczuwamy lęk przed Tobą i szukamy Twego oblicza. Nie zawstydzaj nas, lecz postępuj z nami według swej łagodności i według wielkiego swego miłosierdzia. Wybaw nas przez swe cuda i uczyń swe imię sławnym, Panie!”

Dziękuję, że Jesteś Boże! 🙏
Że Jesteś dobry.
I dziękuję, że ludzie są dobrzy.
Zawsze złościłam się, kiedy ktoś mówił, że człowiek z natury jest zły. Dziś utwierdzam się w przekonaniu, że to nieprawda.😍

Jesteśmy dobrzy. Takimi nas stworzyłeś. I tacy się dziś budzimy. Wyciągamy swoje serca, a zaraz za nimi dłonie, gotowe do pomocy. 🤲

Jednoczymy się i ruszamy na pomoc starszym, chorym i zapracowanym. Tym, którzy nie dadzą rady sami o siebie  zadbać w czasie zagrożenia.

Jestem dumna, że nie dajemy się opanować przez strach, ale na przekór niemu, jesteśmy wierni swojemu powołaniu!
Bo CZŁOWIEK Z NATURY JEST DOBRY! ❤️💪

Paradoks

Łapiemy promienie słoneczne, patrzymy w Niebo i obserwujemy jak przyroda budzi się do życia.

Oczy widzą te cuda, kiedy do uszu coraz częściej dobiegają informacje o kolejnej zakończonej przez kogoś drodze.

Próbujemy złapać równowagę, stąpając po tej cienkiej linie. Zagłuszyć media, zachwycić się przychodzącą wiosną.

Mimo wszystko żyć w miarę normalnie.

Trudne te dni.

Zwariowałeś świecie.

Mimo, że jesteś w tym szaleństwie tak dosłowny, to tyle ludzi nie bierze twojego przekazu na poważnie.

A ja nie chcę, żebyś poczuł się zignorowany i zaczął krzyczeć jeszcze głośniej.

Nie chcę zobaczyć jak rzucasz talerzami, które rozbijając się, będą ranić niewinnych, chorych, rodziców, dziadków, rodzeństwo, dzieci.

Nie chcę patrzeć na swoich bliskich tylko w ekranie telefonu, uświadamiając sobie, że – wbrew temu co myślałam – miłość to dystans, brak objęć i bliskości tych, których kochamy.

Możesz już zamilknąć, zrozumiałam.
Wystarczy mi twoich lekcji.

A jeśli chociaż dziesięć osób na całym świecie, zapragnęły być lepsze, to kochany świecie, zaczytaj się w Piśmie, idź za Jego przykładem i zamilcz, przez wzgląd na nich.

„Rzekł Abraham: «Pozwól, o Panie, że ośmielę się zapytać: gdyby znalazło się tam dwudziestu?» Pan odpowiedział: «Nie zniszczę przez wzgląd na tych dwudziestu». 32 Na to Abraham: «O, racz się nie gniewać, Panie, jeśli raz jeszcze zapytam: gdyby znalazło się tam dziesięciu?» Odpowiedział Pan: «Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu».”

RDZ 18

Rozmowa z samą sobą.

Cały czas pytam sama siebie o rady. Analizuję w głowie siebie i swoje życie w obecnej sytuacji. Rozmawiam w sercu ze sobą i Bogiem. Szukam dobrych myśli, inspiracji, pocieszenia. Sięgnęłam po to, co sama napisałam już jakiś czas temu. Żeby się spotkać ze „starą sobą”. Stanąć przed tamtą kobietą, spojrzeć jej w oczy i dostrzec jej duszę. Przyjżeć jej się uważnie. Wysłuchać. Czy jest tą samą istotą? A jeśli nie, to jak się zmieniła. Co może mi powiedzieć.

„A ironia tylko czeka na swoje pięć minut, kiedy to popadnie w bezdech ze śmiechu nad naszą głupotą i naiwnością. Ironia nie może przestać się zastanawiać, kiedy w końcu zrozumiemy, że choćbyśmy przygotowali się perfekcyjnie, znaleźli odpowiedzi na masę pytań i skrupulatnie napisali dla siebie scenariusz, to nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie jego ekranizacji. To nie idealny plan będzie tworzyć nasze życie, ale życie stworzy plan, jakiego sobie nigdy sami nie wymyślimy. I najczęściej jest tak, że to życie, które sami sobie zaplanowaliśmy, okazuje się beznadziejnym niewypałem. Porażki i tragedie, które nas spotykają, są zaproszeniem na ogromną projekcję filmową. Kiedy siadamy wreszcie w sali kinowej, w wygodnym fotelu i oglądamy film ze swoim udziałem w roli głównej, ze łzami w oczach stwierdzamy, że to było najlepsze widowisko, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Wtedy dopiero, patrząc na załączony obrazek, zdajemy sobie sprawę z tego, że tak właśnie musiało być. Każda rzecz i sytuacja musiała zaistnieć, żebyśmy byli tymi właśnie ludźmi, w tej konkretnej sali kinowej. I w tej jednej chwili uronimy łzę, bo dotrze do nas, że nasza historia jest najlepszą z możliwych. Przyznamy sobie Oscara i będziemy szczęśliwi. W końcu szczęśliwi. Dotrze też do nas, jak ogromnie dumni z siebie jesteśmy. Daliśmy radę. Życie kopało nas bez litości po naszych czterech literach, a my przyjmowaliśmy ciosy i odpieraliśmy ataki. Ileż nas to lanie nauczyło. Oj tak, możemy być z siebie dumni”.

Nie obrażaj się na Boga

List do Koronawirusa.

Covid – 19 wywołał u mnie bardzo wiele emocji. Prze różne uczucia rodzą się we mnie od kilku dni. Jedne pojawiają się i znikają. Inne rosną w siłę i przygniatają swoim ciężarem.

Na pewno zadawane ciosy, które wyprowadza ten wirus, pozostawią blizny na przyszłe życie.
Zauważam jednak, że kiedy opada pierwszy kurz i strach przestaje brać górę, zaczynają pojawiać się na horyzoncie rzeczy dobre. Ciężko jest je dostrzec przez wolę walki i paniczną chęć powrotu do znanego, bezpiecznego życia. Trudno zobaczyć plusy, kiedy nasza swoboda i wolność jest ograniczona, ale one są.

Dziś uczestniczyliśmy we Mszy Świętej za pomocą internetu, bałam się, że tęsknota za obecnością w kościele będzie ogromna. Dzięki łasce, odczułam głęboki pokój, z mocą dotarło do mnie, że JEZUS przecież naprawdę w tym wszystkim jest z nami. Że jest tuż obok, żyje we mnie.

Takie oczywiste, ale tak trudne do przyjęcia i rzeczywistego uderzenia w serce w tym ostatnim czasie.

Przyjęłam duchową Komunię, z rosnącą wiarą i ufnością. Czułam się w centrum wspólnoty, choć siedziałam na naszej kanapie tylko z mężem i synkami.

I wiesz co?

Dużo mnie uczysz wirusie, w brutalny sposób uświadamiasz mi, jak śmieszna byłam ze swoim podejściem do życia, z planami i marzeniami. Jak płytka była moja wiara.
Za to jedno Ci dziękuję. – Że wyprowadziłeś mnie z błędu, jakoby to wszystko wyglądało inaczej. Że zabierając mi pracę , dałeś czas z rodziną, którego bym nie miała. Że na siłę i mimowolnie, obdarowaleś mnie ich obecnością rodziny, tym razem docenianą do bólu szczerze i prawdziwie. Moje więzi z nimi bardzo się zacieśniają i takie pozostaną na zawsze, a ty znikniesz.

Kiedy już cię pokonamy, będę mądrzejsza. Stanę się taką, jaką pysznie myślałam, że jestem.
Zadbam o to, co naprawdę ważne. Nie tylko pozornie. Będę się prawdziwie cieszyć każdego dnia z tego, że otworzyłam oczy, że muszę wstać, że mogę NORMALNIE zrobić zakupy, że muszę długo szukać miejsca parkingowego odwiedzając rodziców i płacić za strefę parkingową. Zrobię to z nieopisaną przyjemnością. Ucieszę się, kiedy będę stała w korkach, jadąc na spotkanie z przyjaciółkami. A nawet wtedy, kiedy powietrze będzie zanieczyszczone – bo to będzie znaczyło, że borykamy się ze znanymi nam problemami, a życie toczy się w rytmie, który znamy, mimo, że też nie do końca chcemy do niego tańczyć.

Będę szczęśliwa, że mogę odebrać telefon od kogoś bliskiego, a nie zła, że znów ktoś coś ode mnie chcę, kiedy ja nie mogę złapać zakrętu. I w nosie będę miała kasę, ucieszę się ze wszystkiego, co zaoferuje mi los. Do kieszeni schowam ambicję, jeśli będę mogła spełniać się poza pracą, to będę szczęśliwa. Nie będę już narzekać, przebierać i chcieć więcej. Nie popatrzę na nic, przez pryzmat materialnych kategorii, bo one nic nie znaczą.
Wystarczy mi: pozostać wolną, nie odczuwać strachu, być blisko rodziny, mieć w sercu Boga – żyć.
I zaczynam właśnie dziś. Już od teraz. W tej chwili.

Dzisiejsze wyzwanie.

Na początku się nie bałam. Miałam poczucie, że wszystko będzie dobrze – jak zawsze. Ominie nas nieszczęście, Polska pozostanie bezpieczna. Niektóre zachowania czy wygłaszane teorie były nawet śmieszne. Wszędzie się działo, ale u nas nie. Dalej żyliśmy jak dotąd, tylko ze świadomością, że coronawirus istnieje i coraz bardziej się na ziemi zadomawia. Nie przeszkadzało nam to wtedy w codziennym życiu. Tyle tylko, że gdzieś tam dochodziły nas nowe informacje, to z jednej to z innej strony.

Od kilku dni świat się zatrzymał. Nagle nie liczy się ile zdań dziennie napiszę, czy wypiję dwie kawy i w jakim kubku. Mojej głowy nie zaprzątają już rozmyślania na temat ludzi, ich problemów, nie zauważam piękna , które raz po raz pokazuję się wokół naszego domu. Nie zastanawiam się nad tym, co kieruje ludźmi wokół podejmując swoje decyzje. Dotychczasowe ważne sprawy nagle stały się błahe.

Dlaczego?

Bo miejsce tego wszystkiego zajął strach.
Kiedy wirus dotarł do naszego kraju, jeszcze się nie przestraszyłam. Nie tak bardzo. Mój strach zaczął rosnąć z każdym następnym dniem, z każda następną zakażoną osobą. Kiedy zadał pierwszy śmiertelny cios w Polsce.
Zobaczyłam jak moja wiara jest słaba. Że nie radzę sobie z niepewnością, którą czuję w całej sobie. Pojawiła się złość, że muszę zrezygnować z rzeczy, które zaplanowałam. Zaraz potem myśli, że jakoś to przeżyję, byle tylko moi bliscy byli bezpieczni.
Odkąd jestem mamą, boję się tysiąc razy bardziej. Bo są oni. Jak im ze spokojem wytłumaczyć, że przedszkole jest zamknięte na jakiś czas, że nie możemy pojechać na salę zabaw, spotkać się z ciocią, że nie przyjadą goście na zaplanowane wcześniej spotkanie? Że być może w tym roku nie pojadą na wakacje.

Wszystko stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Wiem, że jutro zawsze jest niepewne, ale dzisiaj jest to tak ogromnie odczuwalne. Myśli wciąż uciekają do tego, jak będzie wyglądać sytuacja za chwilę, za dzień, tydzień. Czy zmieni się nasze życie? Czy może się uda i wszystko powoli wróci do normalności, jaką znamy.

Łzy lecą i uderzają o ziemie, kiedy słyszę, kolejne wiadomości, czytam newsy ze świata.
Stoję w środku tego wszystkiego i żałuję. Że nie odwiedzałam moich rodziców i babci częściej, a teraz nie wiem kiedy ich zobaczę. Że nie spędzałam więcej czasu w kościele, a dziś nie wiem, kiedy będę mogła znów odwiedzić Żywego Boga. Jeszcze wczoraj byłam pewna, że pójdę. Wezmę udział w Drodze Krzyżowej, Mszy Świętej. Jednak słowa Piotra Żyłki ciągle brzmią mi w głowie:
„ Wierzę, jestem katolikiem, dlatego dbam też o dobro innych. DLATEGO W NIEDZIELĘ NIE PÓJDĘ NA MSZĘ”.

Patrzę na nasze dzieci – myślę o innych maluchach. Przed oczami stają mi moi dziadkowie – myślę o innych dziadkach i babciach. Całych rodzinach. Chcę o nich zadbać, a w ten sposób mogę, dlatego tak jak Piotr, nie pójdę na Mszę Świętą. Chociaż na sama myśl okropnie tęsknię. Ale ze wszystkich sił wołam swoją ufność i wiarę, żeby jak najszybciej powstały i dały mi nadzieję na to, że potrwa to chwile a później będziemy mogli się nakarmić do syta. Jego Ciałem, swoja nawzajem obecnością, wolnością, wiosną.

Codziennie między godziną 20.00 a 22.00, odmawiana jest modlitwa o powstrzymanie korona wirusa i ochronę naszych rodzin. Dołączyłam do niej i Was też do tego zachęcam. Módlmy się w domach. Dbajmy o siebie. W tym czasie, który jest dla nas próbą, kochajmy mocniej, nie poddawajmy się i jak nigdy jednoczmy się w działaniu ze sobą i z Nim.

Ja już wyciągnęłam gigantyczne wnioski dotyczące swojego życia, znajdując się tutaj, gdzie dziś jesteśmy. I jeśli to się skończy, na pewno będę silniejsza, choć dziś czuję się ogromnie słaba. Kiedy uda się nam dotrzeć do końca tego wyzwania, stanę na początku nowego życia, w które zamierzam wkroczyć z bardzo ambitnymi planami i będą się one diametralnie różnić od tych, które miałam jeszcze kilka tygodni temu.

Jeszcze niepewnie, ale gdzieś tam budzi się moja odwaga i zamierzam wykorzystać całą tę sytuację, żeby wyciągnąć z niej jak najwięcej nauki i dobra. Każdemu z Was proponuję to samo. Bo co nas nie zabije, to nas wzmocni. Postarajmy się nie uciekać i chować, ale przyjąć wyzwanie i obrócić je w swoje własne zwycięstwo.

Burza emocji.

Nasze umysły mają wielką moc. I chociaż to nasze głowy, to bardzo często trudno nam nad nimi zapanować. 😀 Znacie to? Kogo trudniej jest do czegoś przekonać, niż samego siebie? 😉
– Że nie warto się złościć, zamykać w sobie, czuć urazę, oskarżać kogoś Bogu ducha winnego. To, co wygląda nam na złe, jest takim tylko i wyłącznie w naszych oczach i dlatego, że takim to uczyniliśmy.

Najgorsze jest to, że sami zaczynamy się nakręcać, słysząc owe podszepty naszej podświadomości, budząc w sobie rozmaite uczucia – złość, strach, zniechęcenie, rezygnację. Po chwili, nie tylko my czujemy się parszywie przez swoje samopoczucie, ale zaczynają cierpieć na tym nasze relacje. W rodzinie, przyjaźni, związkach. I chociaż po takich burzach, najczęściej nasze więzi się zacieśniają, związki przechodzą kolejną próbę, a my sami wyciągamy naukę na przyszłość, jak zachowywać się podczas niespodziewanych zrywów wiatru , to zdarzają się także ciche dni, awantury, rozstania i straty.

Tej nawałnicy można było uniknąć, nie chowając się od razu, słysząc pierwsze niewyraźne grzmoty. Nie bądźmy tymi, którzy się boją! Wyjdźmy spod kołdry, podnieśmy wysoko głowy i… – porozmawiajmy!:)

Wtedy zawczasu może udać się rozwiać ciemne chmury wiatrem zrozumienia, miłości i dobrej woli, a na naszym niebie zaświeci słońce wsparcia, które oświetli nam naszą dalszą wspólna drogę.

Każdy z nas ma swoje racje, spojrzenie i odczucia. Nigdy nie jest dobrze, pozostawać ze swoimi wątpliwościami sam na sam, dużo lepszym pomysłem jest komunikacja, towarzystwo i wyjaśnienie!
Dzięki temu unikniemy strachu, żalu i przemoknięcia. 😉 Nie stracimy czasu na snucie domysłów i przede wszystkim nie uciekną nam wspólne chwile, które moglibyśmy bezpowrotnie stracić. 🙂

Także Kochani! Róbmy dobrą kawę, rozmawiajmy i cieszmy się sobą! 🙂

Walentynki dla każdego.

Święty Walenty, pomagał zakochanym parom, które potajemnie zawierały związki małżeństwie w czasach, kiedy był to Sakrament zakazany w Rzymie, przez cesarza Klaudiusza Gockiego.

Ten kapłan stanął po stronie Miłości, idąc jej drogą, tak samo jak nasz Bóg. Każdy z nich w imię Miłości i Wiary, oddał swoje życie.

Nie życzę Wam dziś kwiatów, czekoladek i serduszek. Mogą być one dodatkiem, nie czymś co stanowi sens i wyznacznik ważności Waszej relacji.
Przede wszystkim, życzę Wam, żebyście wybierali drogę Miłości, każdego dnia, przez całe Wasze życie.

Nie świętujmy tylko uczucia w związkach. Dziś również Ty, który jesteś sam, możesz się zakochać – w sobie, w kimś kogo spotykasz codziennie w pracy, szkole, na ulicy, czy mijasz w swoim domu, może obojętnie?

Wybierz Miłość, bo możesz! Zalej nią swoje serce, które jest czasami smutne, puste, wątpiące…
Nie myśl, że Miłość nie jest dla Ciebie, ona jest dla każdego i w każdym.

Więc mówię Ci dziś! Tak, Tobie! – Dziś jest cudowny dzień, jak każdy, w którym możemy wziąć kolejny oddech budząc się rano. Wspaniały, bo nasze oczy widzą ludzi, którzy są nam bliscy i sprawiają, że mamy poczucie ich wsparcia. Jest niesamowity, bo znów możemy doświadczać ciepła bijącego z kaloryferów, wiatru wiejącego nam prosto w twarz, spóźniającego się autobusu, nie zmieniającego się całą wieczność czerwonego światła, zaproszenia na kolację od kogoś, komu na nas zależy, czyświętować urodziny kogoś bliskiego naszemu sercu.

Dzisiejszy dzień nie jest wyjątkowy dlatego, że są Walentynki. Jest taki, bo możemy go przezywać. Możemy dawać i otrzymywać. Żyć. Po swojemu, przyjmując nie tylko dary od losu, ale też pokonując kłody rzucane nam pod nogi.

Pomyślmy, że jest to przywilej, z którego warto jest korzystać, bo przecież nie wiemy, który dzień zakończy nasze życie na ziemi.
Nie traćmy więc czasu, bierzmy nasze życie w swoje ręce. Teraz. Dzisiaj. I kochajmy! 🙂

A co najważniejsze – uwierzmy, że możemy.
Że to prawda… 😉

Mario, czy Ty wiesz?

„Mario,czy Ty wiesz, kim okaże sie, Twój syn, Twój mały chłopiec?
Mario, czy Ty wiesz, że te stópki dwie, po wodzie będą kroczyć?”

Nie wiesz. Bo skąd mogłabyś wiedzieć?
Jesteś zwykłym człowiekiem, kobietą taką jak ja i każda inna stąpającą po ziemi. Możesz coś przeczuwać, mieć tę słynną kobiecą intuicję, co do tego, jaki wpływ będzie miało Twoje „tak”, wypowiedziane do Boga, na Twoje życie. Na Waszą wspólną drogę.

Dlatego, musisz czuć niepokój, słysząc przynosząc swojego synka do świątyni, że jest on przeznaczony na wzbudzenie sprzeciwu.
To tak, jakby dzisiejsza mama, w dniu Chrztu Świętego swojego dziecka, usłyszała, że czeka je ciężkie życie.

Zaraz jeszcze, jest Ci powiedziane, że Twoją duszę przeniknie miecz.
Słyszysz, że Twoja największa miłość i radość, będzie Twoim cierpieniem.
Dowiadujesz się, że Twoje macierzyństwo, będzie bolało, bo Twój ukochany synek, będzie miał wrogów.

My cieszymy się w dniu Chrztu naszych dzieci. Robimy przyjęcia, zamawiamy torty i świętujemy. I nic dziwnego, tego dnia nasze dzieci stają się białe, dołączają do grona dzieci Twojego Syna. Zanurzamy w bieli kogoś tak dla nas ważnego.
Dla Ciebie ten dzień, ogromnej dumy i radości z przedstawienia Twojego skarbu Bogu, stał się również tym, w którym być może poczułaś też strach i smutek.

Słyszysz, że Twój synek jest Zbawieniem. Maluch, który jest taki kruchy i bezbronny.
Jakie to musi być ciężkie dla młodej mamy, słyszeć tyle rzeczy, sprzecznych ze sobą, w tej jednej chwili.

Twoje dziecko, które nosiłaś pod sercem, a teraz trzymasz w dłoniach i chcesz ochronić za wszelką cenę, przed najmniejszym choćby smutkiem, nieprzychylnym spojrzeniem, malutką łzą.

Z drugiej strony, wiesz, że jest to także dziecko Boga. Potęguje to Twój niepokój, bo Bóg jest Miłością, a ludzie potrafią być okrutni.

Ale koniec końców ta świadomość daje Ci odwagę i nadzieję.

Dziękuję Ci za te odwagę Mario!
Za Twoje waleczne kobiece serce!
Za gotowość do podjęcia trudów Miłości!

Proszę, ucz mnie w każdej chwili, nie bać się mówić „tak”. – Bogu, Miłości i temu co prawdziwe!

Motyle w brzuchu.

Motyle w brzuchu to jedno z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o zakochaniu.
Następne to beztroska, przesadny optymizm i poczucie, że możemy zrobić wszystko. Ten stan jest bardzo przyjemny i chociaż często przysłania nam oczy na wady naszego wybranka, czy ogólnych okoliczności owego zakochania, to każdy z nas chce go poczuć.

Kiedy jesteśmy młodzi, motyle w brzuchu są przywilejem praktycznie nam zagwarantowanym. Myślę, że jest tak dlatego, ponieważ nie analizujemy wszelkich możliwych płaszczyzn uczucia, które nas spotkało. Nie obawiamy się porażki, bo przecież mamy 20 lat, całe życie jest przed nami i nawet jeśli się pomylimy – to nic. Mamy czas na to, żeby takie błędy popełniać, uczyć się na nich i znów próbować. Jesteśmy przez to bardziej otwarci na porażkę.

Czas mija, nasze zakochania także okazały się nietrwałe. Tęsknimy za motylami, które kiedyś dały nam się poznać ze wspaniałej strony, a później opuściły nas nagle, zostawiając z sobą miłe wspomnienia, a obok nich – tęsknotę.
Jeśli jesteśmy z tych, co dalej poszukują partnera na całe życie i spotykając potencjalnego partnera nie czujemy od razu skrzydeł zakochania, to zaczynamy się obawiać, że coś jest jednak nie tak. Stawiamy sobie pojawienie się motyli, za wyznacznik tego, czy związek, w który wchodzimy jest rzeczywiście tym właściwym. Skupiając się na tym, tracimy czas i nie zauważamy być może istotnych uczuć i faktów, które dzieją się w naszym życiu. – Powodem tego jest strach. Przed tym, że popełnimy błąd i będzie już za późno na kolejne próby, bo życie pędzi, a nasz czas ucieka.

Jeśli należymy do grupy szczęśliwców w stałych związkach i małżeństwach, często wpadając w rutynę zapominamy o tym, żeby dbać o motyle, które kiedyś narodziły się w naszych wnętrzach. Wspominamy z rozrzewnieniem jak to było na początku naszej wspólnej drogi. Wracamy do chwil, kiedy obecność tej drugiej osoby sprawiała, że potrafiliśmy fruwać jak ptaki, sunąć nad ziemią, biec przed siebie z radością. Trzymając się przeszłości, zapominamy, że motyle nie odeszły, ale po prostu są uśpione i Czekaja na nasze zaangażowanie w ich obudzenie. Zapominamy, że ten człowiek, który sprawił, że się zakochaliśmy – ciągle jest obok nas.

Zapewnie Was, że motyle chcą żyć i latać bardzo wysoko. I jest to możliwe. I dzieje się. 
Trzeba tylko o nich zapomnieć. Skupić się na tym, kogo wybraliśmy, darzyć go uczuciem i życzliwością. Rozwijać uczucie, które pewnego dnia narodziło się w nas przy jednym z pierwszych spotkań. Każdego dnia starać się sprawiać, że będzie on podobny do tych wspominanych, – pierwszych wspólnych dni. Dzień po dniu umacniać się w miłości, dążąc do tej najmocniejszej Miłości – Agape.

Nie traktujmy naszego wspólnego życia, towarzystwa i relacji jak żmudnego obowiązku. Codzienność może i jest męcząca i czasem nużące jest pielęgnowanie uczuć, ale właśnie to po jakimś czasie sprawia, że jesteśmy zakochani po uszy w swoim wybranku. Nawet po latach, a właściwie szczególnie z ich upływem.

Tęskniąc za tym co według nas lepsze – bo znane. Nie dajemy sobie szansy na poznanie czegoś, co jest dużo bardziej głębsze, piękniejsze i przyjemniejsze. Wzdychając za przeszłością, nie skupiamy się na pięknie i dobru, które możemy mieć w obecnej chwili.

Pięknie ujął to ksiądz Mieczysław Maliński w książce „Zanim powiesz kocham”:
– „Jeżeli chcesz być kochanym – kochaj, kochaj, kochaj”.

Zdjęcie z okresu naszego „początku”. ♥️😁
Klimkówka 2010 rok. 😍👩‍❤️‍💋‍👨

Związek

Jak trudno jest poznać prawdę. Chcąc być z kimś, musimy stanąć przed tyloma wyborami. Podjąć masę decyzji, które przecież zaważą na naszym życiu, szczęściu, przyszłości… Całym naszym być, czy nie być. Żyć, czy wegetować. Kochać, czy udawać. Pragnąć, czy się zmuszać.

To jest bardzo, bardzo trudne.

Nie mamy całkowitego wpływu na to, czy spotkamy tego kogoś, na kogo czekamy dłużej, lub krócej.
Kiedy już ktoś pojawia się na horyzoncie, nie mamy pojęcia, czy jest to ten ktoś o kogo się modlimy, albo przynajmniej kogo przywołujemy w swojej głowie od lat.
Czy to ktoś, do kogo tęsknimy od zawsze. Czy tylko kolejna pomyłka, pstryknięcie losu w nasz niezbyt urodziwy nos.

W naszej głowie pojawia się masa rozkmin, tysiące retorycznych pytań, na które bardzo chcielibyśmy znaleźć odpowiedź tu i teraz, ale to niemożliwe. Zakopujemy się coraz bardziej w naszych emocjach i myślach, schodząc po nich w dół jak po schodach, naraz uświadamiając sobie, że nie tędy droga. Czym prędzej wskakujemy po tych samych stopniach, coraz wyżej i wyżej, starając się ugryźć niewiadomą naszego życia z innej jeszcze strony.
Takie zapętlanie się w swoich obawach, tylko nas frustruje. Czasami nawet odpycha od kogoś, kto próbuje się do nas zbliżyć.

Możemy popełnić błąd, a jakże. Przez to całe analizowanie ,stracić właściwego mężczyznę, czy kobietę. Właściwych dla nas. Wyczekanych, wymodlonych, wyśnionych.

Ale jak się nie zastanawiać? Jeśli raz po raz zaskakują nas nowe uczucia, zdarzenia, zachowania – ni tylko nasze, ale i tego drugiego człowieka, którego rozpaczliwie próbujemy rozgryźć.

To naturalne, ze kminimy i łapiemy się każdego możliwego drogowskazu.
Myślę sobie, że to wszystko normalne, ale jeśli jestes w takieś sytuacji, to przestań po prostu zapominać o sobie!

Wiesz co Ci powiem? Tylko Ty możesz sobie odpowiedzieć na te wszystkie pytania, które zadajesz i chociaż wydaje Ci się to śmieszne, to tak właśnie jest. Bo tylko Ty wiesz, czy czujesz się dobrze w danej sytuacji, czy jest Ci dobrze z tym człowiekiem.
Nie tylko wtedy kiedy jest kolorowo, ale przede wszystkim wtedy, kiedy jest cholernie pod górkę. Tylko Ty i nikt inny, możesz odpowiedzieć na pytanie, czy będzie Ci dobrze za kilka tygodni, miesięcy , lat – zważywszy na okoliczności. Czy relacja z tym kimś, daje Ci możliwość spełnienia tego, co Cie uszczęśliwi? Czy będziesz w stanie nie tylko znieść, ale i pokochać jej humory zależne od różnych dni cyklu, jego niezauważanie rzeczy w lodówce stojących tuz przed nim… Później – częstotliwość i sposób okazywania uczuć, umiejętność rozmowy na radosne i poważne tematy, lub jej brak. Wreszcie, czy będziesz potrafił stanąć na wysokości zadania, kiedy skończy się beztroska i sielanka, a zacznie prawdziwe życie?

W głębi duszy to wiesz. Więc przestań owijać w bawełnę i chrzanić dyrdymały. Nie bój się spojrzeć prawdzie w oczy, bo chociaż wymaga to ogromnej siły i odwagi, to kiedy już to zrobisz, poczujesz ulgę.

Ważne jest, żebyś podjął decyzję po szczerej rozmowie z samym sobą, a potem się tej decyzji trzymał. Chociażby nie wiem co. To Twój obowiązek i recepta na przetrwanie. Twoje i Twojego uczucia.

Jeśli już ze sobą pogadasz i nadal masz wątpliwości, to zwróć się do Tego, Który najlepiej Ci doradzi.

Nie, momencik. Zwróć się do Niego w pierwszej kolejności, później w trakcie dyskusji z samym sobą i jeszcze raz na końcu. Zrób to! – Jeśli chcesz dokonać dobrego wyboru.

A później żyj. I nie dopuszczaj do siebie już żadnych pytań na ten temat, bo jest on zamknięty. Wybrałeś, podjąłeś decyzję, a teraz ją nieś. Bo zrobiłeś wszystko co mogłeś – najlepiej jak potrafiłeś.