Mogłabym się zakochać.

Gdyby taka była cała jesień, to bym ją pokochała.

I tak sobie myślę, że chyba za dużo oczekujemy od życia, świata, ziemi. Ciągle na coś czekamy. Marudzimy i zawsze, zawsze – znajdzie się jakieś ALE.

Bylibyśmy tacy szczęśliwi, ciesząc się z tego, co nas otacza. Raduje swoim pięknem. Moglibyśmy być najszczęśliwsi na świecie, dostrzegając łaskawość losu. Widząc Boga choćby w łące pełnej żółtych kwiatów.

Nie musielibyśmy się tyle martwić, gdybyśmy nie skupiali się na tym, czego nam brakuje. Mogłabym zakochać się w jesieni, gdybym tylko nie obrażała się na Boga, że stworzył takie cztery pory roku, a nie inne.
Dałabym jej szansę, jeśli zmiana garderoby na grubszą, nie przysłaniałaby mi oczu na piękne kolory jesieni. Mogłabym zauważyć, że spadające liście nie tylko przypominają mi, że do lata muszę poczekać jeszcze 8 miesięcy – a ta myśl boli i zniechęca, ale że te liście tworzą dywan w wymiarze 5D. Szeleszczący, chrupiący pod butami, pachnący i do tego, całkowicie naturalny.

Ileż razy w życiu, skupiamy się na tym, co jeszcze musimy osiągnąć. Z jaką częstotliwością przejdzie nam przez myśli, że ktoś ma coś i my też może moglibyśmy to mieć?

I mogłabym to zrobić. Zakochać się, ale wolę się zamknąć na lepsze strony i skupić na gorszych. Katować się nimi i robić z siebie pokrzywdzoną przez wszechświat, bo marznie mi nos i palce.

Czyż nie codziennie, chociaż raz, ukłuje nas taka myśl, która wytyka jakieś braki?
Tylko, czy to jest prawdziwe? Czy nam naprawdę tego brakuje?

Ja na szczęście mam tak, że kiedy słyszę o stylu życia, przyjemnościach i uciechach innych, utwierdzam się w przekonaniu, że kocham swój sposób na życie. Ogarnia mnie wspaniałe poczucie szczęścia, kiedy kolejny raz, tak po prostu uświadamiam sobie jak dużo dostałam.

Są niestety i takie chwilę, że skupiam się na brakach. Zaczynam rozkminiać, że może powinna zrobić wszystko, żeby mieć więcej. Są sekundy, że myślę o tym, żeby porzucić drogę, którą obrałam, tylko po to, żeby zyskać rzeczy materialne, które nie mają żadnej wartości przy tym, co naprawdę na mnie ważne.

Wszystko przez nakręcanie się i zapominanie.
Zapominamy, że kochanie jest dobre. I nie tylko drugiego człowieka, chociaż oczywiście też. Ale moglibyśmy też kochać swoje życie, dużo bardziej niż to robimy. Choćby zakochując się właśnie w jesieni. W nieznośnych sąsiadach, braku Kinder Joy w sklepach, w swojej sytuacji materialnej. To takie absurdalne, próbować kochać coś, co spędza nam sen z oczu, ale tak. Miłość i szczęście często są przecież niezrozumiałe. Najczęściej dla innych.

Olać to.
To my mamy być szczęśliwi. My mamy kochać.
Właśnie wtedy, dając szansę światu, zyskamy ją dla siebie. Bo zobaczymy po jakimś czasie, że sytuacje, które nas dobijają, wcale nie są takie złe. Spostrzeżemy, że to tylko nasze podejście i wyobrażenie o nich, czyni je takimi strasznymi, a co najgorsze – aż tak bardzo wpływowymi na nasze samopoczucie, decyzję, – spokój.

Dziś zobaczyłam, że mogę znów się zakochać. Inaczej niż do tej pory. Mogę kochać kogoś innego niż moi bliscy i idee. Coś innego niż mój dom, moje zwierzęta i rośliny.

Właśnie w tych żółtych kwiatach to dostrzegłam. Dlatego, że ujrzałam w nich Boga, który mi powiedział, że zamykając się na to co mnie otacza i zamieniając w swojej głowie dobra spływające z każdej strony, na przekleństwa i kłody – zamykam się na łaski. Mówiąc bardziej egoistycznie – na korzyści.

Ale to właśnie one sprawiają, że czujemy się szczęśliwi. Zatem, jeśli ten nasz egoizm ma się przejawiać w tym, że otworzymy szeroko oczy, chcąc chłonąć to, co życie samo nam ofiaruję, to nie może on być zły.

Może właśnie takie zachowanie można nazwać mądrością?…
Pewnie opowiem Wam o tym za kilka lat, kiedy przekonam się o tym, zakochując się w jesieni. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *